Szukaj na tym blogu

17 marca 2026

Czerwona rybka

73. Gorące, pewne palce


Za dużo.

Za dużo seksu, za dużo rozkoszy, za dużo uniesień, za dużo wytrysków, za dużo miłości, za dużo niej – mojej Lilii, mojej bogini, mojej czerwonej rybki, która pochłaniała mnie całego, która wysysała ze mnie wszystko, co miałem, i wciąż chciała więcej.

Koniec.

Moje ciało miało limit – miało granice, miało kres, miało kres wytrzymałości, kres energii, kres życia.

To dlaczego wciąż byłem taki rozpalony, wciąż na granicy, nieprzytomnie podniecony, wciąż gotowy, wciąż pragnący, wciąż błagający o więcej, o jeszcze więcej, o wszystko?

Nie było zmiłowania nad moją duszą.

Nie było litości.

Było tylko obłędne, niepohamowane, nieziemskie pragnienie więcej i więcej – więcej jej ust, więcej jej ciepła, więcej jej miłości, więcej tej rozkoszy, która była jednocześnie zbawieniem i potępieniem.

Czy świat naprawdę był jeszcze realny, czy te sosny za oknem wciąż szumią, czy słońce wciąż wpada przez wielkie okno złotymi smugami, czy pościel wciąż pachnie nami, czy moje ciało wciąż jest moim ciałem, czy może już umarłem, czy może już przekroczyłem granicę istnienia i znalazłem się w innym wymiarze, w wymiarze, gdzie istnieje tylko ona i ja, tylko nasze ciała splatające się w jedno, tylko nasza miłość, która nie zna końca?

Nie wiedziałem.

Nie chciałem wiedzieć.

Chciałem tylko jeszcze, choćby do końca świata.

Jakiegokolwiek świata.

Nim zdążyłem się zorientować, nim zdążyłem złapać oddech, nim zdążyłem zrozumieć, co się dzieje, leżałem już na plecach – miękko, bezwładnie, całkowicie poddany – a ona zajęła pozycję tuż obok moich bioder, z taką gracją, z taką pewnością, z taką miłością, że prawie płakałem z nadmiaru szczęścia.

To działo się szybko, tak szybko, by nasze gorące, niepohamowane, nieziemskie pragnienia nie ostygły nawet o ułamek stopnia, by ogień, który nas pochłaniał, nie zgasł nawet na chwilę.

Ona prowadziła.

Ona wiedziała lepiej.

Ona czuła bardziej, głębiej, intensywniej.

Podparta łokciem na moich udach – ciepłym, wilgotnym, drżącym łokciem – znów chwyciła mnie w garść, w te delikatne, ale zdecydowane, gorące, pewne palce, które znały każdy centymetr mojego żaru miłości.

Z zamiarem utraty mojego rozumu, mojego całkowitego, bezwstydnego, niebiańskiego rozumu, zaczęła pracować – powoli na początku, z namaszczeniem, z czułością, z miłością tak wielką, że prawie bolało.

Nie miałem najmniejszych szans.

Nie chciałem mieć szans.

Rzuciła mi przelotne, ogniste spojrzenie prosto w oczy – spojrzenie, które było jednocześnie rozkazem i błaganiem, miłością i grzechem – i zacisnęła palce.

Z niewiarygodnym wyczuciem – nie mocno, nie słabo, w sam raz, idealnie, niebiańsko.

Kilka powolnych, delikatnych ruchów do góry i do dołu – kilka, nie za dużo, żebym się nie nasycił, żebym wciąż błagał o więcej, żebym wciąż wisiał na tej krawędzi.

A później, bez ostrzeżenia, kanonada – szybkie, pewne, niepohamowane ruchy, ubijanie jajek, bicie serca, bicie miłości, bicie rozkoszy.

I nim zdążyłem krzyknąć, znów kilka powolnych, delikatnych posunięć.

Obłęd.

Czysty, niepowstrzymany, nieziemski obłęd.

I trwało to.

I trwało.

I trwało.

W słońcu wpadającym przez wielkie okno, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.

Bo to nie był dotyk.

To była wieczność.

I my właśnie w niej żyliśmy.

Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...