Szukaj na tym blogu

26 marca 2026

Czerwona rybka

82. Za to ją kochałem


Piosenka jeszcze nie dobiegła do połowy – melodie wirowały w powietrzu gęstym od zapachu potu, perfum, piwa i soli morskiej, od dźwięków gitar, basu i perkusji, które dudniły w piersiach, w brzuchach, w udach – a ona już szalała, moja Lilia, moja czerwona rybka, moja jedyna, szalała z taką energią, z taką radością, z taką niepohamowaną, niebiańską swobodą, że każdy jej ruch, każdy podskok, każde machnięcie ręką był jednocześnie błaganiem o miłość i rozkazem, by kochać ją jeszcze bardziej.

Pochylała się w stronę tłumu – powoli, prowokująco, z tym uśmiechem, który był jednocześnie niewinny i grzeszny – wysyłała buziaczki, machała dłońmi, podskakiwała lekko, pozdrawiała, kręciła pośladkami w rytm, który znałem na pamięć, który pamiętałem na swoim ciele, który pamiętałem w jej westchnieniach, w jej drżeniu, w jej miłości.

Była sobą – gwiazdą, olśniewającą, niebiańską gwiazdą – lecz rozpromienioną, radosną dziewczyną, której oczy błyszczały szczęściem tak czystym, tak intensywnym, tak nie do zniesienia, że serce moje bolało z miłości, z dumy, z pożądania.

Boże, jakaż ona była piękna i naturalna – piękna w sposób, który przekraczał wszelkie granice, naturalna w sposób, który sprawiał, że wszystko, co robiła, wypływało prosto z serca, z tej najgłębszej, najcieplejszej, najbardziej niebiańskiej części jej duszy.

Nie było w niej nic ze sztuczności, nic z udawania, nic z kalkulacji – wszystko, każdy gest, każdy uśmiech, każdy ruch bioder, było szczere, prawdziwe, nasze.

Za to ją kochałem – za to, że była prawdziwa, że była moja, że była całego świata.

Kiedy odwróciłem od niej wzrok – na chwilę, na ułamek sekundy, by złapać oddech – i spojrzałem na chłopaków z zespołu, wiedziałem, czułem każdym nerwem, że oni są już pewni swojego sukcesu, że dzięki tej dziewczynie, dzięki jej głosowi, jej ruchom, jej miłości, świat przed ich zespołem stanął otworem, że drzwi do nieba otworzyły się szeroko, szeroko, szeroko.

Później spojrzałem w drugą stronę – na fanów stojących po mojej prawej i lewej stronie, na ich oczy pełne radości, pełne zachwytu wymieszanego z jakimś dziwnym transem, euforią przyjemności obcowania z kimś wyjątkowym, z kimś, kto był jednocześnie dziewczyną z sąsiedztwa i boginią.

Na scenie, kilka metrów ode mnie, zobaczyłem nie dorosłych, lecz młodzież – dziewczynki i chłopców w wieku czternastu, piętnastu lat, z oczami wielkimi, błyszczącymi, pełnymi marzeń.

No tak, zapomniałem – dla nich też ona śpiewa, być może głównie dla tej części publiczności, dla tych młodych serc, które widziały w niej idolkę, marzenie, przyszłość.

Byłem przekonany, że zaraz po koncercie ustawi się długa kolejka małolatów po autografy, po zdjęcie, po uśmiech, i że do niej nie dopcham się przynajmniej przez pół godziny, że będę czekał, tęsknił, pragnął jeszcze bardziej.

Utwór płynął jak wodospad, jak rwąca rzeka – rytm przyspieszał, melodia unosiła się wyżej, wyżej, wyżej.

Światła z czerwonych zmieniły się na zielone, a później na jaskrawo niebieskie – niebieskie, które odbijało się w jej oczach, w jej sukience, w jej wszystkim.

W przerwie między zwrotkami krzyczała do publiczności – głosem pełnym energii, pełnym miłości, pełnym triumfu:

– Brawo! Śpiewajcie razem! Głośno!

Po chwili stwierdziłem, że to już nie jest koncert – to była wspólna zabawa, gdzie każdy był jej częścią, gdzie serca biły w jednym rytmie, gdzie tłum falował jak morze, gdzie ja sam, choć stałem pod sceną, czułem się częścią niej, częścią nas.

Widziałem i czułem mnóstwo serc bijących w jednym rytmie – rytmie jej głosu, jej ruchów, jej miłości.

A ona była iskrą, która podpaliła ten tłum – iskrą, która paliła mnie najbardziej.

Chciałem czy nie, moje ciało samo zaczęło tańczyć – kołysać się wraz z widownią, podskakiwać wtedy, kiedy inni podskakiwali, klaskać, kiedy inni klaskali.

Po chwili zapomniałem już o bożym świecie, zapomniałem, gdzie jestem, liczył się tylko ten moment, ta chwila, ta muzyka, ta ona.

A później dała już totalny popis.

Odwróciła się tyłem do publiczności – powoli, prowokująco, z tą gracją, która była jej esencją – pochyliła się, oparła dłonie na ugiętych kolanach i wypięła w ich stronę, w naszą stronę, swoje zgrabne, jędrne, niebiańskie pośladki.

Sukienka podwinęła się, zjeżdżając do ich połowy, odsłaniając wszystko i nic jednocześnie – bo miała bieliznę, cielistą, idealnie dopasowaną, która dawała obłędne złudzenie nagości, złudzenie, które było torturą, które było nagrodą, które było jej.

Wzbudziło to euforię – kolejną falę wrzawy, śmiechu, krzyków, miłości.

Ten ruch wykonała kilka razy – w różne strony, tak aby każdy mógł ją zobaczyć, tak aby każdy mógł poczuć, tak aby każdy mógł oszaleć.

Poruszała się płynnie i elastycznie – przechodząc od jednego układu tanecznego do drugiego, z baletem, jazzem i flamenco w jednym, z taką gracją, z taką pewnością, z taką miłością.

I patrzyłem.

I patrzyłem.

I patrzyłem.

Bo była moja.

I była całego świata.

I była tylko dla mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...