Szukaj na tym blogu

20 marca 2026

Czerwona rybka

76. Wieczór skandynawskiego lata


Kilka tygodni później, w tym chłodnym, minimalistycznym pokoju na Södermalmie, gdzie ściany były białe, niemal sterylne, a meble proste, funkcjonalne, z jasnego drewna i stali, gdzie okno wychodziło na wąską uliczkę z rowerami przypiętymi do barierek i kamienicami w odcieniach szarości i ochry, siedziałem przy małym stoliku pod oknem, z kubkiem kawy, która dawno już wystygła, z telefonem w dłoni, którego ekran co chwilę gasł, bo nie potrafiłem oderwać wzroku od zdjęcia – od tego jednego zdjęcia, które zrobiłem jej ostatniego dnia, gdy leżała na mojej pościeli, z włosami rozsypanymi, z uśmiechem, który był jednocześnie niewinny i nieprzyzwoicie prowokujący.

Przyjechałem tu w pośpiechu – walizka pakowana w ostatniej chwili, ręce drżące, bo wciąż czułem jej usta na swoich, jej dłonie na karku, jej ciało przyciśnięte do mnie w tym ostatnim, długim, rozpaczliwym pocałunku na peronie, gdy pociąg już czekał, gdy czas uciekał, gdy wszystko, co mieliśmy, kurczyło się do tych kilku sekund, do smaku jej łez na moich wargach, do ciepła jej oddechu na mojej szyi, do zapachu jej perfum – wanilii, soli, lata – który przylgnął do mojej koszuli i towarzyszył mi przez cały lot.

Lot – długi, samotny, w chmurach, które były białe, puszyste, obojętne, a ja patrzyłem przez okno i widziałem tylko ją, jej czarne włosy falujące w wietrze, jej sukienkę unoszącą się lekko, gdy tańczyła dla mnie w domku, jej ciało drżące pod moimi dłońmi, jej westchnienia, które brzmiały jak muzyka.

Taksówka z lotniska – obce ulice Sztokholmu, obcy język wokół, szwedzkie słowa, które brzmiały jak szum wiatru, a ja siedziałem z walizką na kolanach i czułem tylko pustkę, tylko brak jej ciepła obok, tylko brak jej dłoni na moim udzie.

A teraz siedziałem w tym pokoju – małym, chłodnym, pustym, z łóżkiem zbyt dużym dla jednej osoby, z biurkiem, na którym leżały moje szkicowniki, z kubkiem kawy, który dawno przestał parować, z telefonem, na którym co chwilę sprawdzałem, czy jest nowa wiadomość, nowe zdjęcie, nowe westchnienie od niej.

Za oknem późny wieczór skandynawskiego lata – światło szare, zimne, jakby słońce już się poddało, jakby lato tutaj było tylko przelotnym gościem, a nie panem, jak w Sopocie.

W pokoju ciepło od kaloryfera, ale ja czułem chłód – chłód braku jej ciała obok, chłód braku jej oddechu na mojej szyi.

Tęsknota przychodziła falami – bolesna, słodka, nie do zniesienia.

Przypominałem sobie zapach jej skóry po deszczu – ten słony, ciepły, wilgotny zapach, który mieszał się z zapachem morza i jej perfum.

Przypominałem sobie smak soli na jej szyi, gdy całowałem ją tam, powoli, gdy jej głowa odchylała się do tyłu, gdy jej oddech stawał się urywany.

Przypominałem sobie ciepło jej dłoni na moim karku – dłoni, które wiedziały, jak przyciągnąć, jak zatrzymać, jak kochać.

Przypominałem sobie drżenie jej ciała w tym jednym momencie, gdy była na granicy, gdy jej uda zaciskały się na moich biodrach, gdy jej oddech stawał się krzykiem rozkoszy.

Przypominałem sobie wilgoć potu na jej plecach, gdy leżała pode mną, gdy moje dłonie sunęły po niej, gdy wszystko było mokre, gorące, nasze.

Przypominałem sobie dźwięk jej śmiechu – tego cichego, gardłowego, nieprzyzwoicie uroczego śmiechu, gdy tańczyła dla mnie w tej dziecięcej sukience, gdy materiał unosił się i opadał, gdy jej ruchy były płynne, akrobatyczne, z baletem, jazzem i flamenco w jednym.

I bolało.

Bolało tak słodko, że prawie krzyczałem.

Siedziałem przy oknie, z kubkiem w dłoni, z telefonem obok, z jej zdjęciem na ekranie – zdjęciem, na którym leżała na mojej pościeli, z włosami rozsypanymi, z uśmiechem, który mówił „czekam”.

I wiedziałem, że czekam też.

Że czekam na wrzesień.

Na festiwal.

Na nią.

Na to, by znowu poczuć jej ciepło.

Jej zapach.

Jej wszystko.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...