60. Pozycja na pieska
Wszedłem samym czubkiem – zaledwie samym czubkiem, zaledwie wierzchołkiem mojego twardego, żylastego, rozpalonego do białości, pulsującego życiem chuja – i już było cudownie, już było niebiańsko, już było tak obłędnie, tak nie do zniesienia cudownie, że prawie krzyknąłem z rozkoszy, że prawie upadłem, że prawie rozpłynąłem się w tej chwili, która była jednocześnie torturą i zbawieniem, piekłem i rajem, początkiem i końcem wszystkiego.
Ale to był zaledwie początek, zaledwie wstęp, zaledwie preludium do tej najświętszej, najbardziej dekadenckiej symfonii, która dopiero miała się rozlec po całym moim domku, po całym moim życiu, po całym świecie.
Jeszcze przez moment poprawiała się – unosiła wyżej, wyżej, wyżej swoje zgrabne, smukłe, rozpalone nogi, szerzej rozsuwając uda, jeszcze wyżej unosząc ten swój cudowny, okrągły, jędrny tyłeczek, który lśnił od potu, od soków miłości, od słońca wpadającego przez okno, jakby chciała mi pokazać, jakby chciała mi ofiarować wszystko, absolutnie wszystko, co najpiękniejsze w kobiecym ciele.
Później opadła przodem ciała na miękką, ciepłą, pachnącą nami pościel – powoli, z namaszczeniem, z prowokacją, z miłością – jej plecy wygięły się w najpiękniejszy, najbardziej niebiański łuk, jaki kiedykolwiek widziałem, łuk, który był jednocześnie mostem do nieba i bramą do piekła, łuk, który krzyczał „weź mnie, weź mnie całą”.
Jeszcze raz udowodniła mi – moja tancerka, moja czerwona rybka, moja jedyna, która od pierwszego wejrzenia tak bardzo zawróciła mi w głowie, tak bardzo mnie zniewoliła, tak bardzo mnie zbawiła – jak bardzo jest zgrabna, wiotka, wysportowana, jak bardzo jej ciało jest instrumentem stworzonym do miłości, do tańca, do rozkoszy.
A kiedy rozłożyła ramiona szeroko, tak szeroko, jakby chciała objąć cały świat, a jej buzia oparła się na prześcieradle – policzek przy policzku z lnianą pościelą, usta rozchylone, oczy przymknięte – pokazała, że jest prawdziwą mistrzynią, że jest boginią, że jest królową tej gry, tej miłości, tej wieczności.
Gdzieś pod spodem swojego lekko uniesionego ciała obserwowała moje poczynania – tak, jakby chciała sprawdzić, czy wszystko robię całkiem dobrze, czy jestem godny jej, czy jestem godny tej chwili – ale wiedziałem, czułem każdym nerwem, że jest to wyraz jej czułości, jej zaangażowania, jej miłości tak wielkiej, że prawie bolało.
Kiedy się w nią wsuwałem – a była to prawdziwa rozkosz, rozkosz tak czysta, tak absolutna, tak nie do zniesienia – przymknęła powieki i wydała z siebie ciche westchnienie – westchnienie tak głębokie, tak gardłowe, tak niebiańskie, że prawie płakałem z nadmiaru szczęścia.
Położyłem dłonie na jej pośladkach – tych najcudowniejszych, najokrąglejszych, najjędrzejszych pośladkach świata – i czułem, że operacja właśnie się rozpoczęła, że to już nie zabawa, to już nie gra, to już nie taniec – to była wojna o wieczność.
Niby proste zadanie – wejść w nią od tyłu, posiąść ją całkowicie, wypełnić ją sobą – ale czułem, że za chwilę będzie po wszystkim, że moje możliwości, moja energia, moje siły właśnie się kończą, że jestem na krawędzi, na tej najwęższej, najsłodszej krawędzi.
Byłem przekonany, że pozycja na pieska jest prosta, że nie wymaga wiele wysiłku, że będzie łatwa, że będzie szybka – nie wziąłem jednak pod uwagę tego, że ona była tak obłędnie ciasna, tak nieprawdopodobnie, tak niebiańsko ciasna, że pokonanie jej podniecenia, jej skurczów, jej miłości będzie nie lada wyczynem, będzie walką, będzie torturą tak słodką, że prawie nie do zniesienia.
Powiem wprost – nie mogłem się w nią wepchnąć.
Starałem się, o tak, starałem się z wszystkich sił, z całej miłości, z całego pożądania, ale mój zmęczony, choć wciąż podniecony, wciąż gotowy, wciąż płonący penis wyślizgiwał się, jakby brama właśnie została zamknięta, jakby jej ciało chciało mnie drażnić, torturować, przedłużać tę mękę.
Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle – ale czułem, wiedziałem, że kiedy się już w niej znajdę, kiedy już pokonam tę ostatnią barierę, to będzie już prawdziwy obłęd, szaleństwo, niebo, piekło, wieczność.
W końcu, lekko zniecierpliwiona, ale z tym swoim łobuzerskim, niebiańskim uśmiechem, wyciągnęła rękę do tyłu, chwyciła mnie w palce – te delikatne, pewne, gorące palce – i zaczęła manewrować, zaczęła wprowadzać mnie ostrożnie, powoli, z namaszczeniem, z miłością.
Co to było?
Oszalałem!
Trzymała mnie – takiego podnieconego, takiego bezradnego, takiego całkowicie jej – i sama, niejako na siłę, próbowała zmusić swoją ciasną, wilgotną, pulsującą pizdeczkę do posłuszeństwa, choć ta w żaden sposób nie chciała współpracować, choć ta chciała mnie jeszcze bardziej torturować, jeszcze bardziej przedłużać tę rozkoszną mękę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz