75. Biorę ciebie
Biały, gęsty, aromatyczny budyń miłości spadł na mój brzuch, na klatkę piersiową, ochlapał wszystko – mnie, ją, pościel wokół nas, wszystko, co było nasze, wszystko, co było święte.
Wszystko nadawało się już tylko do prania – ale jakie to miało znaczenie, jakie to mogło mieć znaczenie w tej chwili, gdy przeszedłem przez niebo i piekło jednocześnie, gdy umarłem i zmartwychwstałem jednego dnia, gdy nie byłem już sobą, gdy byłem tylko jej, tylko w niej, tylko dla niej?
I leżeliśmy tak – w słońcu, w ciszy, w zapachu nas,
całkowicie, bez reszty, na zawsze.
Bo to nie był seks.
To była wieczność.
I my właśnie w niej żyliśmy.
Na zawsze.
Nie wierzyłem, absolutnie, całkowicie, bez reszty nie wierzyłem, że to się stało – że moje ciało, moja dusza, moje całe jestestwo, które jeszcze przed chwilą walczyło o kontrolę, o oddech, o świadomość, nagle poddało się całkowicie, bezwarunkowo, bezpowrotnie, w tej jednej, jedynej, niepowtarzalnej chwili, w której rozkosz, ta niebiańska, miażdżąca, nie do zniesienia rozkosz, zabrała mi wolność decydowania o sobie, pozbawiła mnie woli, rozsądku, rozumu, pozostawiając tylko czystą, nagą, drżącą esencję miłości.
Próbowałem zrozumieć, próbowałem pojąć mechanizmy fizyczne, te tajemnicze, nieubłagane, nieziemskie mechanizmy, które w tak krótkim czasie, w tak oszałamiająco krótkim czasie, odebrały mi wszystko, co uważałem za swoje – moją siłę, moją kontrolę, moją niezależność – i oddały mnie jej całkowicie, bez reszty, na zawsze.
Próbowałem ogarnąć myślą, jak to możliwe, że moje ciało, wyczerpane, spalone, wyssane do ostatniej kropli, nagle znalazło w sobie jeszcze jedną falę, jeszcze jedną eksplozję, jeszcze jedno niebo.
I nie wiem, co było pierwsze – zdziwienie połączone z niedowierzaniem i fascynacją tak wielką, że prawie bolało, czy może raczej fala histerycznego śmiechu, który budził się we mnie jak nieznane echo mojej prawdziwej natury, echo, które brzmiało jak wyzwolenie, jak odkrycie, jak narodzenie na nowo.
Kim jestem?
Kim jest ta ciemnowłosa dziewczyna, o głosie tak delikatnym, tak miękkim, tak przenikającym duszę, że każdy szept był jak pieszczota, o oczach głębokich jak rozgwieżdżone niebo sierpniowej nocy nad Bałtykiem, kim jest ta dziewczyna, która potrafi zabrać duszę jednym spojrzeniem, jednym dotykiem, jednym westchnieniem, i dać w zamian piekielną rozkosz, niebiańską rozkosz, wieczną rozkosz?
– Hahahaha… – wyrwało się ze mnie, śmiech, który był jednocześnie łzami, jednocześnie modlitwą, jednocześnie dziękczynieniem.
– Czemu się śmiejesz? – spytała cicho, głosem jeszcze drżącym od rozkoszy, choć wiedziała, choć jej oczy, te czarne, błyszczące, pełne miłości oczy, znały odpowiedź lepiej niż ja sam.
– Bo nie wierzę… – wyszeptałem, wciąż śmiejąc się przez łzy, które nagle spłynęły po moich policzkach. – Bo nie wierzę, że to wszystko prawda.
Patrzyła na mnie pełnymi miłości i ciepła oczami – oczami, które widziały nas razem za dziesięć lat, za dwadzieścia, za wieczność, oczami, które już malowały nasze wspólne niebo.
– A musisz się zastanawiać? – szepnęła, przesuwając palec po mojej piersi, po potu, po śladach naszych uniesień. – Nie lepiej powiedzieć: biorę, biorę to wszystko, biorę ciebie?
– Lilia… – wyszeptałem, głosem, który już nie był moim głosem.
– Co?
– Kim jesteś?
Uśmiechnęła się ciepło – uśmiechem, który był jednocześnie niewinnością i grzechem, dzieciństwem i wiecznością.
– Nie pamiętasz? – szepnęła, muskając moje usta swoimi. – Czerwoną rybką.
Twoją czerwoną rybką.
Rozgarnąłem jej włosy palcami – mokre, czarne, pachnące nami, miłością i morzem – i zasnąłem.
Z nią w ramionach.
Z jej imieniem na ustach.
Z pewnością, że to nie koniec.
Że to dopiero początek.
Na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz