Szukaj na tym blogu

2 marca 2026

Czerwona rybka

58. Ja na spodzie, a ona na górze


Po kilku kolejnych ruchach – głębokich, powolnych, niemal sakralnych – znów z niej wypadłem, mój twardy, żylasty, rozpalony do białości fiut wysunął się z jej gorącego, wilgotnego, ciasnego wnętrza z głośnym, mokrym, nieprzyzwoicie pięknym mlaśnięciem, które rozbrzmiało w izbie niczym westchnienie samego domu, jakby sam dom żałował tej chwili rozłąki, tej krótkiej, bolesnej przerwy w naszym niekończącym się połączeniu.

Czułem się niezręcznie, o tak, czułem się niezręcznie, niemal zawstydzony, jakby moje ciało zdradziło mnie w najważniejszej chwili, jakby nie potrafiło utrzymać tej niebiańskiej jedności, ale jednocześnie samo to w sobie – to przypadkowe, nieplanowane wysunięcie – sprawiało, że moje podniecenie strzelało w kosmos, że napięcie w moich jądrach, w moim brzuchu, w całym moim jestestwie rosło do granic nie do zniesienia, że każda sekunda bez niej była torturą tak słodką, że prawie krzyczałem z rozkoszy.

Grzecznie, słusznie, z czułością, której nie da się opisać słowami, pomagała mi.

Chwytała mnie w dłoń – tę drobną, ciepłą, pewną dłoń, która znała każdy centymetr mojego ciała – takiego grubego, śliskiego od jej soków miłości, pulsującego, gotowego wybuchnąć penisa, i wkładała z powrotem tam, gdzie było jego miejsce, tam, gdzie zawsze powinno być, w jej rozpaloną, wilgotną, ciasną, niebiańsko ciasną cipeczkę, z taką pieczołowitością, z taką delikatnością, z taką miłością, że prawie płakałem z nadmiaru szczęścia.

Ja rozpoczynałem pracę na nowo od momentu, w którym skończyłem – płynnie, głęboko, z namaszczeniem, z czcią, z rozpaczą, z miłością tak wielką, że prawie bolało.

Byłem już bardzo zmęczony, bardzo, bardzo zmęczony – mięśnie paliły żywym ogniem, pot spływał po plecach, po piersiach, po brzuchu, oddech był urywany, ciężki, gorący – bardzo pragnąłem zakończenia, tego ostatecznego, niebiańskiego finału, tej eksplozji, która miała nas oboje rozedrzeć na kawałki i poskładać na nowo.

Ale jednocześnie sama zabawa, samo to niekończące się zanurzenie w niej, samo to powolne, głębokie, rytmiczne poruszanie się w jej wnętrzu zdawało się być celem samym w sobie, sensem życia, wiecznością, którą właśnie przeżywaliśmy.

Po kilku minutach, gdy już czułem, że nie daję rady, że podniecenie rozwala mnie od środka, że napięcie w moich jądrach, w moim brzuchu, w całym moim ciele jest nie do zniesienia, Lilia postanowiła zmienić pozycję – moja Lilia, moja bogini, moja jedyna, która zawsze wiedziała, zawsze czuła, zawsze rozumiała, czego potrzebujemy oboje.

Tym razem to ja miałem być na spodzie, a ona na górze.

Znów bez słów – tylko w ciszy westchnień, szeptów, oddechów, spojrzenia, które mówiły wszystko.

Położyłem się grzecznie, z ulgą tak wielką, że prawie westchnąłem głośno, a ona usiadła na mnie tyłem – powoli, z namaszczeniem, z prowokacją, z miłością.

Przez krótką chwilę poprawiała się, patrząc w dół, jej czarne włosy opadały na plecy niczym wodospad, jej pośladki unosiły się i opadały lekko, pachnące potem i miłością, a później chwyciła mojego ptaszka swoimi paluszkami – delikatnymi, ale zdecydowanymi, ciepłymi, pewnymi paluszkami – i skierowała go dokładnie w samo centrum jej gorącego, wilgotnego, ociekającego sokami miłości wnętrza.

Przy czym uniosła się nieznacznie – tyle tylko, żebym mógł w nią wejść – nakierowała głowicę tam, gdzie trzeba, i powoli, bardzo powoli zaczęła opadać.

Dotyk jej dłoni był niebiański – czuły, pewny, rozkoszny, jakby to była najświętsza pieszczota, jakby to była ostatnia pieszczota na świecie.

Wprowadzała mnie do środka bardzo ostrożnie, z pieczołowitością, z namaszczeniem, z miłością tak wielką, że prawie płakałem, a później, z głębokim, gardłowym, niebiańskim westchnieniem, opadła do końca – całkowicie, do samego dna, do samego serca, do samego nieba.

Nie czekając, rzuciła mi przelotne spojrzenie przez ramię – spojrzenie pełne ognia, pełne miłości, pełne obietnicy – i odchyliła się do tyłu.

Chwyciłem ją nieporadnie dłońmi – najpierw za brzuch, płaski, ciepły, drżący, potem za piersi, pełne, jędrne, z sutkami twardymi jak diamenty.

Poczułem jej ciężar na sobie, jej ciepło, jej zapach, jej wszystko – i mojego penisa w niej, głęboko, całkowicie, niebiańsko.

Westchnęła głęboko, gardłowo, całym ciałem.

Opadła jeszcze niżej plecami na mój tors.

Cały ciężar oparła na stopach, dając mi swobodę ruchów biodrami.

Rozpocząłem powolny, ale stanowczy kłus – rytmiczny, głęboki, niekończący się.

Pozycja lepsza, bardziej wygodna, miękka od spodu, głęboka i słodka, taka, w której czułem ją całą, każdą jej ściankę, każde drgnienie, każde westchnienie.

Trzymałem ją za piersi – mocno, czule, z miłością – a ona zaczęła współpracować, dysząc ciężko, urywanie, gorąco.

– Och… aaaah… uuuuh… – jej westchnienia i jęki były symfonią, najpiękniejszą symfonią rozkoszy, która kiedykolwiek rozbrzmiewała w moim domku, w moim życiu, w moim sercu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...