Szukaj na tym blogu

18 marca 2026

Czerwona rybka

74. Ryk rozkoszy


A jednak była szansa – szansa dla mnie, szansa, która czaiła się w cieniu naszych ciał, w tej niekończącej się, niepohamowanej, niebiańsko-piekielnej symfonii rozkoszy, szansa, która była jednocześnie błogosławieństwem i karą, darem niebios i pokusą diabła, szansa, której nie śmiałem się spodziewać, a która nagle, w tej jednej, jedynej, niepowtarzalnej chwili, rozbłysła przed moimi oczami niczym gwiazda spadająca w najgłębszą otchłań miłości.

Ona to wiedziała – moja Lilia, moja bogini, moja jedyna, moja czerwona rybka – wiedziała, zanim ja poczułem w sobie ten powiew, ten gorący, wilgotny, nieziemski powiew nadchodzący od morza, od jej morza, od jej wnętrza, od jej duszy.

Jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, czym to jest, czym jest to drżenie, to napięcie, to palące, miażdżące, nie do zniesienia pragnienie uwolnienia, a ona już zatrzymała się, ścisnęła mnie tak mocno, tak niebiańsko mocno, tak drapieżnie mocno, że zabrało mi oddech, że świat zawirował, że całe moje jestestwo skupiło się w jednym punkcie, w jej dłoni, w jej miłości.

Spojrzała mi w oczy – głęboko, drapieżnie, z pewnością mistrza, z pewnością bogini, która wie wszystko, która czuje wszystko, która posiada wszystko – i warknęła, głosem innym, zaskakująco piorunującym, rozkazującym, nieznoszącym sprzeciwu:

– Kuba… teraz!

Zanim mój rozum ogarnął to, co miało się stać, zanim moje myśli zdążyły ułożyć się w jakikolwiek sensowny kształt, moje ciało już wiedziało, moje ciało już spięło się w sobie, każdy mięsień, każdy nerw, każde uderzenie serca, jakby przygotowywało się do eksplozji, do końca świata, do nieba.

Sekunda, może dwie później – sekundy, które trwały wieczność, sekundy, które były jednocześnie torturą i zbawieniem – to była artyleria rakietowa, to był wybuch supernowej, to był armagedon rozkoszy.

Szybkość jej dłoni na moim żarze miłości – tym twardym, żylastym, rozpalonym do białości, pulsującym narzędziu mojej duszy – wyrwała moje jestestwo z posad rzeczywistości i wystrzeliła w najdalsze zakamarki kosmosu, w nieznane galaktyki ekstazy, gdzie nie ma już czasu, gdzie nie ma już granic, gdzie istnieje tylko ona i ja.

– Teraz, Kuba, teraz! – krzyczała, głosem, który był już tylko krzykiem miłości, tylko rozkazem, tylko błaganiem, tylko dziękczynieniem.

I dałem się stracić na szańcu miłości – całkowicie, bez reszty, bez wstydu.

Fala rozkoszy wyrwała moją duszę z ciała i cisnęła o ścianę z taką siłą, że rozsypała się na kawałki, że rozpłynęła się w niej, że stała się jej częścią na zawsze.

Zacisnąłem zęby, a z mojego gardła wyrwał się zwierzęcy, pierwotny, niepodobny do niczego, co znałem, ryk – ryk rozkoszy, ryk miłości, ryk wieczności.

Spienione, gęste, gorące pożądanie wystrzeliło pod sufit i łagodnym łukiem grawitacji spadło na jej głowę, wprost w te czarne, aksamitne, mokre włosy, na jej policzki, na jej usta, na jej wszystko.

Wraz z tym wytryskiem rozpłynęła się moja dusza i staliśmy się jednym – całkowicie, bez reszty, na zawsze.

Nawet teraz nie przestała – poruszała dłonią, może trochę wolniej, delikatniej, ale wciąż intensywnie, wciąż z miłością, wciąż z tą niebiańską pewnością, wciąż wyciskając ze mnie resztki, wciąż przedłużając tę mękę, tę rozkosz, tę wieczność.

Byłem przekonany, że nic już tam w sobie nie mam, że jestem pusty, że jestem wyczerpany, że jestem martwy z rozkoszy – a jednak…

A jednak płynęło jeszcze, jeszcze trochę, jeszcze odrobina tego nektaru miłości, tego daru niebios.

Zatrzymała się dopiero po dwóch minutach – minutach, które trwały wieczność – kiedy byłem już na granicy utraty przytomności, kiedy moje ciało drżało, trzęsło się, rozpływało w niej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...