Szukaj na tym blogu

16 marca 2026

Czerwona rybka

72. Między rajem a piekłem


Nigdzie się nie spieszyłem – nie było pośpiechu, nie było potrzeby, nie było miejsca na pośpiech w tej wieczności rozkoszy, w której tonęliśmy oboje, w której rozpływaliśmy się w sobie nawzajem.

Wystarczyło tylko, by ruch był widoczny, doświadczalny, czuciowy – by ona czuła każdy milimetr mojego żaru miłości w swoim gardle, bym ja czuł każdy skurcz jej ust, każdy ruch jej języka, każdy oddech, który muskał moją skórę.

Nie wiem, skąd mi się to wzięło, skąd przyszedł taki pomysł, skąd ta niepohamowana, nieziemska potrzeba – to była fizyka czystego pożądania, alchemia miłości, magnetyzm dwóch ciał, które nie mogły, nie chciały, nie potrafiły być oddzielnie.

To było pragnienie drugiej osoby tak głębokie, tak całkowite, tak nie do zniesienia, że chciałem ją doświadczać wszystkimi zmysłami naraz, każdym centymetrem skóry, każdym nerwem, każdym oddechem, każdym uderzeniem serca.

Lilia była świetna – moja Lilia, moja bogini, moja jedyna, moja czerwona rybka – instynktownie wyczuwała moje intencje, jakby czytała w mojej duszy, jakby nasze ciała mówiły tym samym językiem, tym samym oddechem, tym samym rytmem.

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co czuję, czego pragnę w danej chwili, czego potrzebuję, by oszaleć jeszcze bardziej, by poszybować jeszcze wyżej, by umrzeć z rozkoszy i zmartwychwstać w niej na nowo.

Przestała pracować swoim językiem – zatrzymała się w pieszczotach, w tym niebiańskim tańcu wokół mojego żaru – zacisnęła tylko usta, mocno, prężnie, obłędnie mocno, tworząc wokół mnie najsłodsze, najgorętsze, najbardziej nie do zniesienia więzienie miłości.

To było… nie wiem, jak to opisać, nie znajdę słów, które oddadzą choć ułamek tej rozkoszy – to było zupełnie nowe doświadczenie, nowa kategoria doznań, coś z pogranicza snu i jawy, coś, co przekraczało granice ludzkiej wytrzymałości, coś, co było jednocześnie torturą i zbawieniem, piekłem i rajem, życiem i śmiercią w jednym.

Poruszałem się powoli, bardzo powoli, bez pośpiechu, wyrywając siebie z posad mojego jestestwa, czując, jak jej wargi, jej usta, jej gardło obejmują mnie, tulą, więżą, kochają, czując każdy skurcz, każdy ruch, każdy oddech, który muskał moją skórę, czując, jak jej ciepło, jej wilgoć, jej miłość otula mnie całkowicie.

I trwało to.

I trwało.

I trwało.

W słońcu wpadającym przez wielkie okno, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.

Bo to nie był dotyk.

To była wieczność.

I my właśnie w niej żyliśmy.

Na zawsze.

I w tym momencie, gdy moje ciało, moja dusza, moje całe jestestwo wisiało już na najcieńszej, najsłodszej, najbardziej nie do zniesienia nitce rozkoszy, kiedy każdy oddech był już tylko westchnieniem miłości, kiedy każdy ruch był już tylko błaganiem o więcej, chciałem skończyć – o tak, chciałem skończyć w ten sposób, chciałem wypełnić jej słodką, gorącą, rozpaloną buzię moim spienionym, gęstym, niekończącym się pożądaniem, chciałem dać jej wszystko, co jeszcze we mnie zostało, wszystko, co jeszcze mogłem oddać, wszystko, co było już tylko czystą, niebiańską esencją miłości.

To byłoby największą rozkoszą, cudownym darem z niebios, błogosławieństwem, które spadłoby na nas oboje niczym złoty deszcz ambrozji, niczym manna z nieba dla dusz spragnionych wieczności.

Ale Bóg nie chciał dać mi satysfakcji – albo diabeł, ten łaskawy, okrutny diabeł, który wiedział, że prawdziwa rozkosz polega na przedłużaniu, na torturze, na wiecznym oczekiwaniu.

To nie było takie proste.

Ani proste, ani łatwe, ani możliwe.

Och, czy ta tortura miała trwać wiecznie, czy ta słodka, niebiańska, nie do zniesienia męczarnia miała rozciągać się w nieskończoność, czy moje ciało, moje biedne, wyczerpane, ale wciąż płonące ciało miało być skazane na wieczną krawędź, na wieczną granicę między rajem a piekłem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

18. Zapomniała, że była żoną i matką Później stała się rzecz przedziwna, coś, czego nie spodziewałaby się w najśmielszych, najbardziej zakaz...