66. Ślad miłości
Przesuwałem wargi niżej – na szyję, na tę najdelikatniejszą, najwrażliwszą skórę, która pachniała słoną bryzą, potem i wanilią jej perfum, które dawno już zmieszały się z naszym zapachem.
Całowałem powoli, czule, zostawiając mokre, gorące ślady, muskając językiem, ssąc delikatnie, gryząc najlżejszym zgryzieniem, które sprawiało, że jej ciało drgało pod mną jak struna.
Jej oddech przyspieszył.
Czułem, jak podniecenie w niej znów narasta – powoli, leniwie, ale nieubłaganie – jak fala, która cofa się tylko po to, by wrócić silniejsza.
Moje dłonie – koniuszkami palców, delikatnie, z namaszczeniem – sunęły po jej ramionach, po obojczykach, po bokach piersi, jakby chciały zapamiętać każdy centymetr, jakby chciały ją uwiecznić w dotyku.
Palce muskały skórę, drażniły, pieściły, zostawiając za sobą dreszcze, które widziałem, czułem, słyszałem w jej westchnieniach.
– Och… – jęknęła cicho, gdy moje wargi zeszły na jej ramię, na miejsce, gdzie skóra jest najcieńsza, najwrażliwsza.
– Piękna… – szepnąłem w jej ramię. – Taka piękna…
Przesunąłem wargi niżej – na pierś, na tę najpełniejszą, najcudowniejszą pierś – muskając skórę wokół sutka, okrążając go powoli, bardzo powoli, jakby to był najświętszy krąg.
Jej sutek – twardy, ciemnoróżowy, błyszczący – sterczał dumnie, błagał o dotyk.
Językiem musnąłem go najpierw – delikatnie, koniuszkiem, okrężnie – a ona westchnęła głęboko, gardłowo, całym ciałem.
– Kuba… – jęknęła.
– Tak… – szepnąłem, biorąc sutek do ust, ssąc go powoli, czule, językiem zataczając kółka, drażniąc, kochając.
Jej ciało wygięło się w łuk.
Jej ręce wplotły się w moje włosy.
Jej oddech stał się urywany, gorący.
– Jeszcze… – westchnęła. – Jeszcze…
I pieściłem ją dalej – wargami, językiem, dłońmi – powoli, z namaszczeniem, z miłością tak wielką, że prawie bolało.
Bo to nie był dotyk.
To była modlitwa.
I ona była moim niebem.
Na zawsze.
Przesunąłem się jeszcze niżej, powoli, bardzo powoli, z taką czcią, z taką miłością, z taką niepohamowaną, niebiańską adoracją, jakby jej ciało było najświętszym ołtarzem, na którym miałem złożyć najdroższą ofiarę mojego pożądania, mojej miłości, mojej całej duszy.
Moje wargi – opuchnięte, gorące, wilgotne od naszych wcześniejszych pocałunków – oderwały się od jej piersi z cichym, mokrym westchnieniem i zaczęły schodzić niżej, niżej, niżej, na jej płaski, opalony, drżący brzuch, na tę najdelikatniejszą, najwrażliwszą równinę, która pachniała potem, miłością, morzem i nią – wyłącznie nią.
To nie były pocałunki.
To było smakowanie.
To było oddychanie nią.
To było pochłanianie jej esencji.
Wargi moje muskały jej skórę powoli, bardzo powoli, zostawiając za sobą wilgotny, błyszczący ślad – ślad miłości, ślad pożądania, ślad wieczności.
Język mój sunął po niej leniwie, zataczając kółka, zbierając jej smak – słony, słodki, niebiański, grzeszny – zbierając jej zapach, który był jednocześnie wanilią, solą, potem i czymś jeszcze, czymś nieuchwytnym, czymś wyłącznie jej, czymś, co sprawiało, że oszalałem.
Lilia wygięła się pode mną – plecy uniosły się w najpiękniejszy, najbardziej niebiański łuk, brzuch napiął się, uda drgnęły, palce stóp zacisnęły się w ekstazie.
Jej oddech stał się coraz cięższy, coraz bardziej urywany, coraz bardziej gorący – wdech, wydech, wdech, wydech, każdy coraz krótszy, coraz głębszy, coraz bardziej rozpaczliwy.
– Kuba… Boże, Kuba, co ty robisz? – jęknęła cicho, gardłowo, głosem, który był już tylko drżeniem, tylko błaganiem, tylko modlitwą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz