Szukaj na tym blogu

12 marca 2026

Czerwona rybka

68. Zacisnęła się na trzonie mojego penisa


W tym samym momencie poczułem jej dłonie na swoim podnieconym przyrodzeniu – nagle, niespodziewanie, jakby sam czas postanowił zatrzymać się w tej jednej, jedynej, niepowtarzalnej chwili, jakby całe powietrze w izbie zgęstniało od naszego wspólnego pożądania, jakby samo słońce wpadające przez wielkie okno zawisło niżej, by lepiej oświetlić ten cudowny, niebiański akt miłości.

Nie wiem, jak do tego doszło.

Nie potrafię ocenić, w którym momencie zmieniłem pozycję, w którym momencie moje biodra znalazły się w okolicy jej twarzy, w którym momencie moje ciało, moje pragnienie, moja dusza postanowiły poddać się całkowicie jej woli, jej dłoniom, jej wargom.

Chwyciła mnie – mocno, pewnie, zdecydowanie, palcami, które znały każdy centymetr mojej skóry, każdy żylasty szczegół, każdy pulsujący nerw – chwyciła mnie tak, jakby to było jej prawo, jej przywilej, jej najświętsze zadanie na tej ziemi.

Nagle mój oddech zatrzymał się całkowicie – jakby ktoś właśnie wyciągnął ze mnie całe powietrze, jakby samo życie postanowiło wstrzymać się w oczekiwaniu na to, co za chwilę nastąpi.

Nie byłem pewien, co się dzieje – rozkosz napłynęła błyskawicznie, spontanicznie, niczym lawina, niczym tsunami, niczym sam ogień niebios, który palił mnie od środka, który rozlewał się po moich żyłach, po moich jądrach, po moim kręgosłupie, po mojej duszy.

To była odpowiedź – najpiękniejsza, najbardziej nieoczekiwana, najbardziej niebiańska odpowiedź – na ten niespodziewany atak na moją męskość, atak, którego nie żałowałem, którego pragnąłem, którego błagałem w duszy o więcej.

W momencie, kiedy zajmowałem się jej wzgórkiem miłości, kiedy pieściłem ustami to najczulsze, najintymniejsze, najświętsze miejsce jej kobiecości – muskając płatkami, ssąc delikatnie, językiem zataczając kółka wokół łechtaczki, smakując jej wilgoć, jej sok, jej esencję – jej dłoń, nagle, nachalnie, wręcz brutalnie, ale z taką miłością, że prawie płakałem, zacisnęła się na trzonie mojego penisa i zaczęła szybko, miarowo przesuwać w jedną i w drugą stronę – w górę, w dół, w górę, w dół, z taką pewnością, z taką wprawą, z taką miłością.

Jęknąłem przeciągle z rozkoszy – jęk, który był jednocześnie krzykiem, błaganiem, dziękczynieniem, modlitwą – jakby świat miał się skończyć w tej chwili, jakby to była ostatnia chwila mojego życia, a ja chciałem umrzeć właśnie tak, w jej dłoni, w jej miłości, w jej rozkoszy.

– O Jezu, Lilia! – wyrwało mi się, głosem chropowatym, urywanym, pełnym rozkoszy i rozpaczy.

Nie przerywała.

Nie mogła przerwać.

Nie chciała przerwać.

Wiedziałem, czułem każdym nerwem, każdym oddechem, każdym drgnieniem, że coś musi się stać – albo wytrysnę po raz kolejny, choć szanse były małe, choć moje ciało było już wyczerpane, choć moje jądra były już puste, albo umrę z rozkoszy, albo jeszcze raz, od nowa, zaczniemy ten seks, ten niekończący się taniec miłości, który był naszym przeznaczeniem.

Jej dłoń poruszała się szybko, pewnie, z taką miłością, z taką wprawą, z taką pewnością, że czułem, jak napięcie rośnie, jak fala rozkoszy narasta, jak wszystko we mnie drży, pulsuje, błaga o uwolnienie.

– Och… aaaah… och, Kuba… – jej jęki mieszały się z moimi, jej oddech był gorący na mojej skórze, jej zapach – zapach miłości, potu, nas – otulał mnie całkowicie.

I trwało to.

I trwało.

I trwało.

W słońcu.

W szumie sosen.

W zapachu potu, miłości i nas.

Bo to nie był dotyk.

To była wieczność.

I my właśnie w niej żyliśmy.

Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...