Szukaj na tym blogu

24 marca 2026

Czerwona rybka

80. Taniec Lili


Tak, coś się zmieniło w jej oczach – w tych czarnych, głębokich, rozgwieżdżonych oczach, które kiedyś patrzyły na mnie w domku, w łóżku, w balii, z tęsknotą i miłością, a teraz płonęły triumfem, pewnością, ekstazą – coś się zmieniło w jej ruchach, w tym płynnym, akrobatycznym, nieziemskim tańcu, który łączył balet, jazz i flamenco w jedno, coś się zmieniło w wyrazie jej twarzy, w tym uśmiechu, który był jednocześnie niewinny i drapieżny, dziecięcy i nieprzyzwoicie dorosły.

Trudno było powiedzieć co dokładnie, trudno było nazwać tę dziwną, magiczną iskrę energii, która biła od niej falami, która sprawiała, że powietrze wokół niej drżało, że pot na jej skórze lśnił jak perły, że jej oddech – ciężki, gorący, pachnący miłością i wysiłkiem – docierał nawet do mnie, stojącego pod sceną.

Wiadomo, pierwszy koncert na tak dużej scenie – Main Stage, tysiące oczu, tysiące serc bijących w rytm jej kroków – przyszli chyba wszyscy jej fani, którzy teraz dawali prawdziwy popis, wrzeszcząc, skandując jej imię, machając telefonami, tworząc morze świateł, morze miłości, morze pożądania.

Tańczyła w czerwonych smugach reflektorów – smugach gęstych, krwistych, doskonale widocznych dzięki sztucznemu dymowi, o który zadbali gospodarze, dymowi, który unosił się leniwie, otulał jej ciało, sprawiał, że każdy ruch był jeszcze bardziej tajemniczy, jeszcze bardziej niebiański.

Taniec Lili to nie był zwykły taniec – to była doskonale opracowana choreografia, każdy ruch idealny, każdy obrót precyzyjny, każde kołysanie biodrami płynne, akrobatyczne, z baletem, jazzem i flamenco w jednym, każdy gest pełen gracji i siły, każdy podskok lekki, jakby nie ważyła nic, jakby unosiła się w powietrzu.

Krążyła nie tylko biodrami – choć te biodra, te najcudowniejsze, najokrąglejsze biodra świata kołyszące się w rytm, wypinające się lekko, kuszące, obłędne – ale całym tułowiem, całym ciałem, wypinała pupę i kręciła nią obłędnie, prowokująco, niebiańsko, a jej pośladki wydawały mi się jeszcze bardziej kuszące niż przedtem, jeszcze bardziej jędrne, jeszcze bardziej doskonałe, jeszcze bardziej moje, choć teraz należały do całego tłumu.

Cztery tancerki, poruszając się w podobny sposób, dobrane specjalnie na ten występ – zgrabne, zwinne, w podobnych, ale mniej olśniewających kreacjach – dopełniały tego niezwykłego wrażenia, tworząc wokół niej ramę, tło, chór, który podkreślał jej wyjątkowość, jej królewskość, jej boskość.

Mały chórek złożony z trzech dziewczyn – głosy słodkie, harmonijne, wspierające – wzmacniał wokal i sprawiał, że nie był to występ tylko jednej osoby, ale prawdziwe widowisko, uczta dla oczu i uszu, symfonia ciała i głosu, rozkosz, która zalewała mnie falami, która sprawiała, że drżałem, że pociłem się, że pragnąłem jej jeszcze bardziej, jeszcze głębiej, jeszcze całkowicie.

I patrzyłem.

I patrzyłem.

I patrzyłem.

Bo była moja.

I była całego świata.

I była tylko dla mnie.

Powiem szczerze, nie byłem pewien, absolutnie, całkowicie, bez reszty nie byłem pewien, jak długo jeszcze wytrzymam pod tą sceną, jak długo moje ciało, moje serce, moja dusza wytrzymają ten słodki, nie do zniesienia ciężar podniecenia, tęsknoty i miłości, która rozlewała się po mnie falami, gorącymi, wilgotnymi, nieubłaganymi falami, które sprawiały, że kolana drżały lekko, że pot spływał po skroniach, po karku, po plecach, że oddech stawał się urywany, ciężki, pachnący pragnieniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...