61. Goniłem swój orgazm
Dyszałem tak ciężko, tak rozpaczliwie, tak niepohamowanie, jakby to były moje ostatnie oddechy na tej ziemi, jakby każdy wdech był walką o przetrwanie w tym oceanie rozkoszy, w którym tonęliśmy oboje, jakby każdy wydech był westchnieniem duszy, która już nie chciała wracać na brzeg.
A ona, moja Lilia, moja bogini, moja jedyna, cicho pojękiwała, męczyła się z moim penisem – tym twardym, żylastym, rozpalonym do białości, pulsującym życiem narzędziem miłości – ślizgał się po jej płatkach, po tych najdelikatniejszych, najwilgotniejszych, najcudowniejszych płatkach na samym wierzchu, rozchylał je delikatnie, drażnił, muskał, obiecując więcej, obiecując wszystko, ale o wejściu nieco głębiej, o prawdziwym, całkowitym połączeniu, nie było mowy, jakby jej ciało chciało mnie drażnić, torturować, przedłużać tę mękę tak słodką, że prawie nie do zniesienia.
Szaleństwo dobijało się do mojej głowy i do mojego ciała – obłędne, niepohamowane, nieziemskie szaleństwo, które rozlewało się po żyłach niczym lawa, niczym ambrozja, niczym sam ogień niebios.
Lekka frustracja mieszała się z niebotycznym podnieceniem, tworząc dziwny, cudowny, niepowtarzalny koktajl – koktajl, który sprawiał, że chciałem krzyczeć, chciałem płakać, chciałem umierać i zmartwychwstawać w niej bez końca.
W końcu wszedłem samym czubkiem – zaledwie samym czubkiem, zaledwie wierzchołkiem mojego prącia – i już było niebiańsko, już było tak obłędnie, tak nie do zniesienia cudownie, że prawie krzyknąłem z rozkoszy, że prawie upadłem, że prawie rozpłynąłem się w tej chwili, która była jednocześnie torturą i zbawieniem.
Byłem zaledwie w przedsionku, zaledwie na progu jej najświętszego sanktuarium, ale i tak to był sukces, to było niebo, to było wszystko.
Było niebiańsko, ale wiedziałem, czułem każdym nerwem, każdym oddechem, każdym uderzeniem serca, że muszę dalej, głębiej, do samego końca, do samego dna, do samego serca jej rozpalonej, wilgotnej, ciasnej, niebiańsko ciasnej muszelki.
Trudno było mi sobie to teraz wyobrazić – była taka ciasna, taka nie do zdobycia, taka obłędnie ciasna, jakby jej ciało chciało mnie jednocześnie przyjąć i odrzucić, kochać i torturować, zatrzymać na zawsze i nigdy nie puścić.
Teraz patrzyłem na moją partnerkę z zupełnie innej strony – z tej najbardziej intymnej, najbardziej bezbronnej, najbardziej władczej strony – poznawałem ją bez granic, od samego środka, od samego serca, od samego źródła jej życia.
Była całkowicie moja – cała moja, bez reszty moja – i była taka piękna, taka nieprzyzwoicie piękna, taka czystym seksem, czystą rozkoszą, czystą miłością, że prawie płakałem z nadmiaru szczęścia.
Dopiero kiedy opadła całym ciałem na materac – miękko, leniwie, prowokująco – i ułożyła się lekko na boku, a ja opadłem na nią całym ciężarem, całym swoim pożądaniem, całym swoim ciałem, udało mi się pokonać opór i dotrzeć na salony jej pałacu rozkoszy, do samego końca, do samego dna, do samego nieba.
Wciąż próbowała mnie trzymać i prowadzić – jej dłoń, delikatna, ale zdecydowana, sunęła po moich biodrach, po moich pośladkach, po moim penisie – choć było wiadomo, czułem, wiedziałem, że już nigdzie się nie zgubię, że już jestem w domu, że już jestem w niej na zawsze.
Rozpocząłem pierwsze, dosyć nerwowe ruchy – wchodziłem głęboko, choć nie do końca, poruszałem się szybko, z desperacją, z miłością, z rozpaczą.
Chciałem skończyć, bardzo chciałem skończyć, bardzo pragnąłem tego ostatecznego, niebiańskiego finału, ale jednocześnie nie chciałem, nie mogłem, nie śmiałbym kończyć, bo to było zbyt piękne, zbyt cudowne, zbyt niebiańskie.
Goniłem swój orgazm, a on uciekał – złośliwie, słodko, niebiańsko złośliwie.
Ona też to czuła – jej jaskinia miłości wciąż była bardzo ciasna, obłędnie gorąca, pulsująca, obejmująca mnie, tuląca, więżąca, kochała mnie tak mocno, że prawie nie mogłem się poruszać.
Zwalniałem, poprawiałem ułożenie moich bioder, moich ramion, moich dłoni na jej pośladkach, i znów przyspieszałem – raz wolniej, raz szybciej, raz głębiej, raz płycej, delektując się każdym pchnięciem, każdym mlaśnięciem, każdym westchnieniem.
Było coraz ciaśniej, coraz goręcej, coraz bardziej przyjemnie, coraz bardziej nie do zniesienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz