62. Czułem to w jądrach
Wsparty dłońmi na jej pośladkach – tych najokrąglejszych, najjędrzejszych, najcudowniejszych pośladkach świata, które lśniły od potu, od soków miłości, od słońca wpadającego przez wielkie okno – walczyłem z nią, walczyłem z jej norką, z tą ciasną, gorącą, niebiańsko ciasną, pulsującą, wilgotną cipeczką, która była jednocześnie najsłodszym rajem i najgorętszym piekłem, walczyłem nie o zwycięstwo, lecz o wieczność, o to, by trwać w niej jak najdłużej, by nie kończyć tej niekończącej się symfonii rozkoszy.
Wychodziłem całkowicie – powoli, z namaszczeniem, z drżeniem – a mój twardy, żylasty, rozpalony do białości fallus lśnił od jej soków, od jej miłości, od jej esencji, a potem, mocno trzymając mojego ogiera w garści, wpychałem się z całych sił, nie bacząc na trudności, nie bacząc na opór, nie bacząc na nic, tylko na nią, na jej westchnienia, na jej drżenie, na jej wszystko.
Obłędne doznania wyrzucały mnie w kosmos, w nieznane galaktyki rozkoszy, w miejsca, gdzie nie ma już czasu, gdzie nie ma już granic, gdzie istnieje tylko ona i ja, tylko nasze ciała, tylko nasze dusze splatające się w jedno.
To była dla mnie nowość – nigdy wcześniej, nigdy w całym moim życiu, nie spotkałem dziewczyny z tak ciasną, tak obłędnie ciasną pizdeczką, która jednocześnie tak doskonale mnie obejmowała, tak doskonale mnie kochała, tak doskonale mnie więziła.
Cieszyłem się i byłem zaskoczony jednocześnie – cieszyłem się tym cudem, tym darem niebios, tym błogosławieństwem, które spadło na mnie jak grom z jasnego nieba.
W końcu wszedłem i złapałem odpowiedni rytm – nie za szybko, nie za wolno, mocno i głęboko, z taką pewnością, z taką miłością, z taką czcią, że każde pchnięcie było modlitwą, każde wycofanie błaganiem o więcej.
Jęczała – nie głośno, tylko przejmująco słodko, głosem, który był jednocześnie szeptem anioła i krzykiem syreny, westchnienia, które brzmiały jak najpiękniejsza muzyka, jak symfonia rozkoszy, jak pieśń miłości.
– Och… aaaah… och, Kuba… – jej głos drżał, łamał się, rozpływał w powietrzu pachnącym nami, potem, miłością i grzechem.
Obydwoje zatraciliśmy się w tych nieziemskich doznaniach – zatraciliśmy się całkowicie, bez reszty, bez pamięci o świecie, bez pamięci o czasie, bez pamięci o czymkolwiek poza sobą nawzajem.
Tego nie trzeba było nazywać, nie trzeba było tłumaczyć, nie trzeba było rozumieć – to trzeba było czuć, czuć każdym nerwem, każdym oddechem, każdym uderzeniem serca, każdym drgnieniem ciała.
Ona to czuła.
Ja to czułem.
Razem płynęliśmy do raju – powoli, głęboko, bez końca.
Później znów było inaczej – na boku, ona przede mną, ja tuż za nią, przyklejony do jej pleców, do jej ciepłej, miękkiej, pachnącej skóry, do jej wszystkiego.
I znów cudownie ciasno, gorąco i mokro – jej copka obejmowała mnie, tuliła, kochała, jakby była stworzona tylko dla mnie, tylko po to, by mnie przyjąć, by mnie zatrzymać, by mnie nigdy nie puścić.
Zapach, który odurzał, oszałamiał, obezwładniał – zapach naszych ciał, zapach miłości, zapach potu, zapach seksu, zapach nas – unosił się w powietrzu niczym najdroższe perfumy, niczym ambrozja, niczym sama esencja życia.
Jej noga wysoko w górze – trzymana wspólnie, moja dłoń na jej kostce, jej dłoń na mojej – a ona naga, drobna, krucha, jak najpiękniejsza laleczka, jak cudowna zabawka stworzona tylko dla mnie.
Teraz ruchy krótkie, ale głębokie, na samym dnie, tam, gdzie wszystko było najgorętsze, najciaśniejsze, najsłodsze.
Brałem wszystko.
Ona oddawała mi się cała – bez reszty, bez wstydu, bez granic.
Każdy ruch przybliżał mnie do mety – czułem to w jądrach, w podbrzuszu, w kręgosłupie, w głowie.
Dyszałem ciężko, urywanie, gorąco.
Było coraz przyjemniej, coraz bardziej nie do zniesienia, coraz bardziej niebiańsko.
Skurcze podbrzusza napływały jakby znikąd – słodkie, niepowstrzymane, miażdżące – obejmując coraz większą część mojego ciała, aż w końcu całe moje jestestwo drżało w oczekiwaniu na ten jeden, jedyny moment.
W końcu zmiana natężenia – dwa szybkie ruchy i dwa powolne, dwa głębokie i dwa płytkie, dwa mocne i dwa czułe.
Słodko.
Szaleństwo.
Jeszcze trochę.
O Boże, Jezu, nie wytrzymam!
No dawaj, dawaj, Kuba, jeszcze trochę, dasz radę.
Odwróciła się w moją stronę – lekko, z westchnieniem – i gładziła moją klatkę piersiową, czułe, delikatnie, palcami, które znały każdy centymetr mojej skóry.
Patrzyła na mnie – głęboko, z miłością, z pożądaniem, z obietnicą – i wiedziałem, czułem, że razem dojdziemy, że razem eksplodujemy, że razem będziemy wiecznością.
Chwyciła mnie za rękę – mocno, rozpaczliwie – a jej oczy mówiły: tylko nie przerywaj.
Nie teraz.
Nigdy.
Rozluźniła się nieco – tylko odrobinę, tylko tyle, by dać mi cenny czas, by przedłużyć tę mękę, by przedłużyć raj.
Spokojnie, Kuba, dasz radę, dasz radę.
Jeszcze tylko trochę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz