2. Zapach jego bliskości
Upalne popołudnie wisiało nad miastem jak ciężka, wilgotna zasłona, powietrze po burzy wciąż drżało od pary unoszącej się z rozgrzanego asfaltu, a słońce, nisko już nad horyzontem, malowało chodniki złotymi smugami, w których kałuże odbijały resztki chmur jak lustra pełne wspomnień.
Alexander szedł powoli jedną z bocznych ulic, w stronę przystanku autobusowego na skraju parku, jego kroki ciche i miarowe, jakby nie dotykały ziemi, a ciemny płaszcz, mimo gorąca, opadał miękko wokół sylwetki, nie nosząc śladu potu ani zmęczenia. Obserwował wszystko wokół z tą spokojną, niemal leniwą uwagą konesera, który smakuje wino, zanim zdecyduje się na łyk – oczy głębokie, zielone z ledwie dostrzegalnym złotawym błyskiem przesuwały się po twarzach przechodniów, po sylwetkach kobiet mijanych w pośpiechu, po ich ruchach, oddechach, po tym, jak wilgoć lata osiadała na ich skórze, jak ciepło rozlewało się po dekolcie, jak zapach ich perfum mieszał się z naturalnym ciepłem ciała. Szukał, testował, sprawdzał – nie śpiesząc się, nie naciskając, jedynie pozwalając, by subtelny, pierwotny aromat jego bliskości unosił się w powietrzu jak niewidzialna mgła, ciepła i wilgotna, czekając, która z nich zareaguje najgłębiej, najpełniej, najrozkoszniej.
W oddali zahamował autobus, z cichym sykiem drzwi otwierających się na przystanek, i wtedy ją zobaczył – młodą kobietę, szczupłą blondynkę o dużych, niebieskich oczach pełnych pośpiechu, z luźnym warkoczem opadającym na ramię jak złota rzeka, w lekkiej letniej sukience, która falowała wokół smukłych nóg. Biegła w stronę przystanku, reklamówka z zakupami kołysała się w jej dłoni, lekkie trampki stukały po chodniku, a na jej czole perliły się drobne krople potu od gorąca i wysiłku.
Nie zauważyła go, gdy wychynął zza rogu – stał tam przez chwilę, jakby czekał, jakby wiedział – i wtedy wpadła na niego z impetem, torba cienka jak pajęczyna pękła z cichym trzaskiem, a zakupy rozsypały się po chodniku: jabłka toczące się w kałużach, paczka makaronu, butelka oliwy, kilka pomidorów lśniących czerwienią w słońcu.
Oboje pochylili się niemal jednocześnie, by pozbierać rozsypane skarby – on płynnie, z gracją, która nie zakłócała gorąca, ona z lekkim westchnieniem zaskoczenia, jej policzki już zarumienione od biegu, teraz płonące głębiej. Ich dłonie sięgnęły po to samo jabłko – palce jego ciepłe, pewne, o skórze gładkiej jak aksamit, palce jej drżące lekko, wilgotne od potu lata – i wtedy się zetknęły, przypadkiem, a jednak nie całkiem, ciepło przenikające natychmiast, jak prąd delikatny i natarczywy, rozlewający się po jej skórze, po nadgarstku, po przedramieniu, w górę, aż do ramion, do szyi, do piersi.
Spojrzenia ich krzyżowały się w tej samej chwili – jego oczy głębokie, spokojne, z tym złotawym błyskiem, który zdawał się smakować jej reakcję, jej niebieskie, duże i szeroko otwarte, nagle zamglone lekką mgłą. Drżenie przeszło przez jej dłonie, lekkie, niemal niewidoczne, ale wystarczające, by jabłko wyślizgnęło się jej z palców i potoczyło dalej; oddech jej przyspieszył, płytki i ciepły, jakby powietrze nagle stało się gęstsze, cięższe do wdychania, a pot na skroniach perlił się obficiej, wilgoć osiadała na górnej wardze, na dekolcie, gdzie sukienka przylegała do skóry, podkreślając delikatne krągłości piersi unoszących się szybciej, sutki twardniejące pod cienkim materiałem w odpowiedzi na to niewytłumaczalne ciepło.
W głowie jej zapanował mętlik – myśli, które jeszcze chwilę temu były jasne i proste („zdążyć na autobus, zakupy do domu, kolacja”), nagle rozmyły się w ciepłej mgle, słowa, które chciała wypowiedzieć („przepraszam”, „och, jak mi przykro”), uwięzły w gardle, wychodząc jedynie jako cichy, drżący szept: „Ja... ja naprawdę...”. Głos jej zadrżał, urwał się, a wilgoć – ciepła, natarczywa, rozkoszna – rozlała się nisko w brzuchu, między udami, w majtkach, które nagle stały się zbyt ciasne, zbyt wilgotne, jakby ciało jej podjęło decyzję bez pytania umysłu, jakby ciepło jego dotyku, choć tak krótki, tak przypadkowy, wniknęło głębiej, budząc drżenie w najtajniejszych zakątkach, falę ciepła, co pulsowała powoli, nieustannie, sprawiając, że kolana zmiękły lekko, że musiała oprzeć się dłonią o chodnik, by nie zachwiać się zupełnie.
On podniósł jabłko, podał je jej powoli, jego palec musnął znów jej dłoń – celowo czy nie, nie wiedziała – i uśmiechnął się lekko, jedną stroną ust, głosem niskim, ciepłym jak letni wieczór: „Nic się nie stało. Pozwól, pomogę”. Zapach jego bliskości – głęboki, pierwotny, jak wilgoć lasu po deszczu zmieszana z ciepłem skóry – otulił ją całą, wdarł się do płuc, do głowy, do krwi, a ona mogła jedynie skinąć głową, słowa wciąż uciekające, oddech drżący, ciepło rozlewające się coraz szerzej, wilgoć między udami coraz bardziej natarczywa, jakby ciało jej już wiedziało, czego pragnie, choć umysł jeszcze próbował zrozumieć, dlaczego nagle wszystko inne przestało się liczyć.
Autobus odjechał z cichym sykiem, zostawiając ich na przystanku – ona wciąż pochylona, drżąca lekko, on spokojny, pomagający zbierać zakupy z tą samą płynną gracją, oczy jego przesuwające się po jej twarzy, po rumieńcach, po drżeniu warg, jakby smakował, oceniał, delektował się tym, co właśnie odkrył: ciepłem reakcji, wilgocią pożądania, drżeniem, które mówiło więcej niż słowa. A lato trwało, gorące i wilgotne, a coś w powietrzu gęstniało powoli, nieustannie, jak obietnica rozkoszy, która dopiero miała nadejść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz