Szukaj na tym blogu

7 marca 2026

Czerwona rybka

63. Kuba… coś ty mi zrobił?


I wtedy, w tej jednej, jedynej, niepowtarzalnej chwili, kiedy wszystko w moim ciele, w mojej duszy, w moim całym jestestwie krzyczało o więcej, o jeszcze więcej, o wieczność, zrozumiałem, że jestem seksualnym maniakiem, że nigdy wcześniej nie zdawałem sobie z tego sprawy, że ta ciemnowłosa, dość niepozorna na pierwszy rzut oka dziewczyna, moja Lilia, moja bogini, moja czerwona rybka, uświadomiła mi to z całą brutalną, niebiańską, niepohamowaną jasnością.

Teraz wiedziałem to aż nadto – wiedziałem to każdym nerwem, każdym oddechem, każdym uderzeniem serca, każdym drgnieniem mojego penisa, który był już tylko narzędziem jej rozkoszy, tylko jej, tylko dla niej, tylko w niej.

Nie trzeba było niczego podpowiadać, niczego mnie uczyć, niczego tłumaczyć – instynktownie wiedziałem, czułem, rozumiałem całym sobą, że teraz należy przyspieszyć, że teraz należy gnać, gnać jak szalony, gnać po szczęście, po niebo, po wieczność.

Gnaj, Kuba, gnaj!

Cholera jasna, zasuwaj ile sił, ile miłości, ile pożądania!

I gnałem.

Jak szalony.

Boże, co to było!

Postradałem zmysły – wszystkie naraz, wszystkie jednocześnie, wszystkie w ekstazie:

widziałem jej ciało drżące, lśniące od potu,

czułem jej zapach, jej ciepło, jej wilgoć,

słyszałem jej jęki, jej westchnienia, jej krzyki,

smakowałem jej na ustach, na szyi, na piersiach,

dotykałem jej wszędzie, wszędzie, wszędzie.

Oszalałem.

Ale niczego nie żałowałem.

Cholera, niczego!

Pozycja taka sama – na boku, ja za nią, a raczej już między jej udami, przyklejony do jej pleców, do jej pośladków, do jej wszystkiego.

Ale tempo zupełnie inne – szaleńcze, bez wytchnienia, bez litości, bez końca.

Klap, klap, klap… – rozbrzmiewało wokół, głośno, mokro, seksualnie, rozwiąźle, pięknie, nieprzyzwoicie pięknie, jakby sam dom, samo łóżko, sama pościel dołączyły do tej symfonii.

Jej palce na łechtaczce – zgrabne, szybkie, pewne – grały, grały najpiękniejszą muzykę seksu, szybkie akordy, szybkie kółka, szybkie drażnienie, a jej westchnienia, jej jęki – ach, ach, ach… aaaah… ooooh… uuuuh… – były najpiękniejszą melodią, która kiedykolwiek rozbrzmiewała w moim życiu.

Dochodziła.

Razem ze mną.

Oczy nieprzytomne, szeroko otwarte usta, głębokie westchnienia – hhhh… oooohhh… aaaahhh… – rozkosz wzięła mnie w swoje posiadanie całkowicie, bez reszty, bez litości, i już się nie opierałem, nie chciałem się opierać, nie mogłem się opierać.

Nie było potrzeby.

Miałem wszystko.

Trzymałem ją za piersi – mocno, czule, z miłością, z pożądaniem – i miętosiłem, ugniatałem, drażniłem sutki, które były twarde jak diamenty, gorące jak lawa.

– A, a, a, a… och, och, och… aaaah… – muzyka jej ust, jej gardła, jej duszy.

Szybkie, bezwzględne ruchy.

Mój oddech szybki, urywany, gorący.

– A ach, aa ach, a aach… dawaj, ach dawaj, dawaj Kuba, szybciej, szybciej Kuba, och mocniej, mocniej kochanie! – wyrzucała z siebie, głosem, który był już tylko krzykiem rozkoszy, tylko błaganiem o więcej, tylko rozkazem, który kochałem.

I raz, i raz, i raz – klap, klap, klap…

Rozkosz zalała moje jestestwo bez reszty.

Nie było odwrotu.

Tylko do przodu, do orgazmu, do nieba, do wieczności.

O Boże!

Wysunąłem się lekko – nie całkowicie, tylko trochę, tylko tyle, by poczuć jej ciasnotę jeszcze mocniej – poruszałem się szybko, nerwowo, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu.

Zamknąłem oczy.

O Boże!

Strzał.

Jeden, drugi, trzeci…

Koniec?

Nie!

Jeszcze, jeszcze, jeszcze.

Płynęło ze mnie szczęście – gorące, gęste, niekończące się – wprost w jej rozpalone, wilgotne, ciasne wnętrze, wypełniając ją, kochając ją, posiadając ją.

– Hhhhh… oooohhh… eeeeehhhh… aaaah… – tylko chrapliwe, gardłowe, niebiańskie odgłosy wydobyły się z mojego gardła, z mojej duszy, z mojego całego jestestwa.

Drżałem.

Trzęsłem się jak galareta, jak liść na wietrze, jak człowiek, który właśnie dotknął nieba i wrócił na ziemię.

Osiągnąłem nirwanę.

Osiągnąłem wieczność.

Kiedy z niej wyszedłem – powoli, z namaszczeniem, z żalem – jeszcze przez chwilę masowała swoją kobiecość, swoją łechtaczkę, swoją rozpaloną muszelkę – tak, jakby dziękowała jej, jakby mówiła „wszystko będzie dobrze”, jakby chciała przedłużyć tę rozkosz jeszcze o chwilę, jeszcze o oddech.

A ze środka popłynęła gęsta, biała, aromatyczna struga mojego pożądania – tak gęsta, tak gorąca, tak odurzająca, że prawie oszalałem jeszcze raz.

– Och, Kuba… Boże, Kuba… coś ty mi zrobił? – wydyszała z wyrzutem, który był jednocześnie westchnieniem szczęścia, śmiechem miłości, błaganiem o więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...