Szukaj na tym blogu

1 marca 2026

Czerwona rybka

57. I tak mi zrób…


– Poczekaj… – usłyszałem cichy, niemal bezgłośny głos, jakby westchnienie, jakby szept wiatru, który wydobył się spod lnianej pościeli, spod tego białego, ciepłego, pachnącego nami morza prześcieradeł.

Zareagowałem natychmiast, całym sobą, całym sercem, całym pożądaniem.

– Co ci jest, kochanie? – szepnąłem, zatrzymując się w pół ruchu, choć moje ciało krzyczało o więcej.

Uniosła głowę, plecy wygięły się w łuk, a w jej oczach błysnęło coś nowego – nie tylko pragnienie, ale i figlarna, władcza pewność, że to ona teraz dyktuje warunki.

Chciała zmienić pozycję.

Delikatnie, bardzo delikatnie odwróciła się na bok, a ja wciąż trzymałem jej kostki, te smukłe, gorące kostki szeroko rozłożonych nóg, które drżały od rozkoszy.

Mimo że stara runda jeszcze nie dobiegła końca, mimo że moje ciało wciąż pulsowało w niej, ona już przygotowywała się do nowej – do kolejnej, jeszcze głębszej, jeszcze bardziej intymnej rundy tego niekończącego się tańca.

Rozumieliśmy się bez słów – tylko westchnienia, tylko skinienia głowy, tylko spojrzenia, które mówiły wszystko.

Odwracała się na brzuch.

I wtedy zobaczyłem jej pośladki – te najokrąglejsze, najjędrzejsze, najcudowniejsze pośladki świata – unoszące się lekko, pachnące potem i miłością, lśniące w słońcu, które wpadało przez okno.

Ten widok, samo oczekiwanie, samo patrzenie było niesamowicie słodkim doznaniem, torturą tak rozkoszną, że prawie krzyknąłem.

Położyła się na boku, jedną nogę uniosła wysoko, bardzo wysoko, odsłaniając wszystko, absolutnie wszystko.

Wiedziałem, czułem, rozumiałem całym sobą, że w ten sposób mam w nią wejść.

Nigdy wcześniej tego nie robiłem – nie tak, nie z tej strony, nie z taką głębią, nie z taką intymnością.

Byłem ciekaw, byłem podekscytowany, byłem zachwycony, byłem przerażony i rozpalony jednocześnie.

A ona zdawała się panować nad wszystkim doskonale – jak bogini, jak kapłanka miłości, jak jedyna władczyni mojego ciała i duszy.

Kiedy zbliżałem się, patrzyła tam, trzymała mnie w dłoni – mojego twardego, żylastego, pulsującego penisa – i pomagała, wprowadzała ostrożnie, powoli, z namaszczeniem w swoje rozpalone, wilgotne, ciasne wnętrze.

– I tak mi zrób… tak chcę cię poczuć, Kuba… – jej głos był ciepły, miękki, gardłowy, pełen miłości i pożądania, pełen błagania i rozkazu jednocześnie.

A kiedy byłem już w niej głęboko, do samego końca, do samego dna, do samego serca, odwróciła się na plecy – powoli, z westchnieniem, z uśmiechem – bo tak chyba było prościej, tak było wygodniej, tak było jeszcze bardziej intymnie.

Stęknęła coś ciepło, głęboko, gardłowo, a ja już wiedziałem, czułem, rozumiałem całym sobą, jak mam się zachować.

Trzymając jej kostkę na ramieniu, przyciskając drugą nogę do posłania całym swoim ciężarem, całym swoim pożądaniem, całym swoim ciałem, zacząłem łagodny, głęboki rytm – rytm, który był jednocześnie delikatnością i siłą, miłością i grzechem, modlitwą i przekleństwem.

Znów seria stęknięć wydobyła się z jej gardła – och, och, aaaah, uuuuh – odgłosy, które były symfonią, najpiękniejszą symfonią rozkoszy, która kiedykolwiek rozbrzmiewała w moim domku, w moim życiu, w moim sercu.

Pomimo tylu razy zbliżeń – tylu orgazmów, tylu westchnień, tylu krzyków – była taka świeża, taka dziewicza, taka porywająco zachęcająca, jak świeżo wyprana pościel, pachnąca słońcem i morzem, jak poranek, który dopiero co się zaczął.

Pomagała mi, pieszcząc swoją łechtaczkę paluszkami – zgrabnymi, delikatnymi, ale zdecydowanymi paluszkami, które tańczyły na tej najwrażliwszej strunie, drażniąc ją na swój własny, indywidualny, niepowtarzalny sposób, zataczając kółka, muskając, przyciskając, jakby chciała sama sobie dodać jeszcze więcej rozkoszy, jeszcze więcej ognia.

– Och, Kuba… uuuuh… aaaah… – westchnęła głęboko, gardłowo, głosem, który był już tylko krzykiem miłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...