64. I taka moja
Leżałem na plecach, dysząc tak ciężko, że każdy oddech wydawał mi się ostatnim, jakby moje płuca dopiero co przebiegły maraton, a serce chciało wyskoczyć z piersi i położyć się obok niej.
Całe ciało drżało – nie z zimna, tylko z tej słodkiej, nie do zniesienia słabości, która przychodzi po tym, gdy odda się wszystko, absolutnie wszystko.
Lilia leżała obok, na boku, twarzą do mnie.
Jej czarne włosy – mokre, splątane, pachnące potem, mną i nią – opadały na poduszkę niczym rozlany atrament.
Skóra lśniła – od potu, od naszych soków, od słońca wpadającego przez wielkie okno – policzki rozpalone, usta opuchnięte, oczy przymknięte, ale z tym błyskiem, który mówił „jeszcze”.
Piersi unosiły się i opadały w głębokim rytmie, sutki wciąż twarde, ciemnoróżowe, błyszczące.
Brzuch drżał lekko, pępek głęboki, wilgotny.
Między udami – wszystko mokre, gorące, pachnące nami, z moimi resztkami, które powoli wypływały, tworząc małą, białą kałużę na pościeli.
Była taka piękna, taka bezbronna i jednocześnie taka władcza, taka moja, że prawie płakałem z nadmiaru szczęścia.
Przysunąłem się bliżej.
Moja ręka znalazła jej dłoń – ciepłą, wilgotną, drżącą – i splotłem nasze palce.
– Lilia… – wyszeptałem, głosem chropowatym, jakby ktoś przeciągnął mnie po szkle. – Boże, co ty ze mną robisz…
Otworzyła oczy – powoli, leniwie – i spojrzała na mnie z tym uśmiechem, który był jednocześnie niewinny i grzeszny.
– To samo, co ty ze mną, kochanie – odparła cicho, gardłowo, głosem, który był jeszcze pełen jęków. – Sprawiłeś, że… że już nie wiem, kim jestem.
Tylko twoja.
Przesunęła dłoń po mojej piersi – powoli, czule, jakby chciała sprawdzić, czy wciąż bije.
– Jesteś cały mokry – szepnęła, muskając palcami pot na mojej skórze. – Pachniesz mną.
I sobą.
I nami.
Pocałowałem ją w czoło – mokre, gorące, pachnące miłością.
– A ty… – wyszeptałem jej w skórę – ty jesteś taka piękna, taka… rozpieprzona przeze mnie.
I taka moja.
Zachichotała cicho, gardłowo, a jej dłoń zsunęła się niżej – na mój brzuch, na moje biodro, na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą byłem w niej.
– Jeszcze czuję cię w sobie – szepnęła. – Głęboko.
Tak głęboko, że chyba nigdy nie wyjdziesz.
Przesunąłem dłoń po jej udzie – wilgotnym, drżącym – i znalazłem to miejsce, gdzie wszystko się zaczęło i gdzie wszystko się kończyło.
– Jeszcze jesteś mokra – powiedziałem, wsuwając palec delikatnie, czule. – Jeszcze ciekniesz mną.
Westchnęła głęboko.
– Bo chcę, żebyś tam został.
Na zawsze.
I leżeliśmy tak – splątani, mokrzy, pachnący sobą, z słońcem na skórze, z szumem sosen w uszach, z sercami bijącymi w jednym rytmie.
I wiedziałem, że to nie koniec.
Że to dopiero początek naszych sześciu dni.
I że będę ją kochał jeszcze.
I jeszcze.
I jeszcze.
Na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz