Szukaj na tym blogu

21 marca 2026

Czerwona rybka

77. A potem przyszedł wrzesień


Dni i tygodnie w Sztokholmie rozciągały się w szarą, chłodną, niemal bezbarwną mgłę tęsknoty, w której każdy poranek przynosił ten sam, ciężki, wilgotny chłód skandynawskiego powietrza, w którym każdy wieczór pachniał kawą i samotnością, w którym każdy oddech był westchnieniem za jej ciepłem, za jej zapachem, za jej śmiechem, który brzmiał jak muzyka lata.

A potem przyszedł wrzesień – ciepły, złoty, polski wrzesień – samolot o świcie, gdy Sztokholm jeszcze spał pod szarą kołdrą chmur, a Gdańsk witał mnie słońcem, które wpadało przez okno taksówki, ogrzewając skórę, budząc wspomnienia, rozpalając nadzieję.

Jazda na teren festiwalu – przez drogi, które pachniały już jesienią, przez pola, przez lasy, przez powietrze gęste od zapachu grilla i piwa, od śmiechów i muzyki, która dochodziła z oddali, coraz głośniejsza, coraz bliższa, coraz bardziej jej.

Przybycie na festiwal uderzyło mnie wszystkimi zmysłami naraz – zapach grilla, dymu, spalonego cukru z waty, piwa lanego do plastikowych kubków, potu tłumu, który już się zbierał, tłumu ciepłego, wilgotnego, pachnącego słońcem i morzem, soli morskiej, która wdzierała się z oddali, mieszając się z wonią trawy rozdeptanej butami, z wonią perfum, dezodorantów, podniecenia.

Dźwięki – muzyka z oddalonych scen, bas dudniący w piersi, śmiechy, rozmowy, krzyki, szum wiatru w koronach drzew, mewy nad głową, które krzyczały jakby chciały być częścią tego wszystkiego.

Ciepło powietrza – wrześniowe, gęste, wilgotne ciepło, które sprawiało, że koszulka przyklejała się do pleców, że pot spływał po skroniach, że skóra lśniła, że każdy oddech był ciężki, pachnący latem, które nie chciało odejść.

Słońce powoli zachodzące – złote, leniwe, malujące niebo pomarańczem, różem, fioletem, kładące długie cienie na trawie, na twarzach ludzi, na scenach, na wszystkim.

Moje ciało napięte, wilgotne od nerwów i podniecenia oczekiwania – serce biło szybko, dłonie spocone, oddech urywany, jakby za chwilę miało się stać coś, co zmieni wszystko.

Przepychałem się bliżej sceny – przez tłum ciał stłoczonych, ciepłych, pachnących potem, piwem, perfumami, przez tłum, który falował jak morze, który pachniał latem, młodością, pragnieniem.

Czułem ciepło obcych ramion na swoich, czułem wilgoć koszulek, czułem oddechy na karku, czułem, jak moje ciało pamięta jej ciepło, jej bliskość, jej wszystko, i jak tęskni za tym boleśnie, słodko, nie do zniesienia.

Myśli moje – krótkie, ostre, bolesne błyski wspomnień – jej taniec w domku, sukienka unosząca się i opadająca, jej biodra kołyszące się w rytm, który znałem na pamięć, jej dłonie na mojej skórze, jej westchnienia w moje usta, jej ciepło między udami, jej zapach po deszczu, jej smak na mojej szyi – kontrastowały z tą rzeczywistością, z tym tłumem, z tym czekaniem, z tym bólem tęsknoty pomieszanym z dumą, z pożądaniem, z miłością.

A potem ona wyszła na scenę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...