71. Opętany pragnieniem seksu
W tym samym momencie, gdy znalazłem się w samym centrum jej rozkoszy, w tej najgłębszej, najintymniejszej, najświętszej otchłani jej kobiecości, gdy moje wargi i język zanurzyły się w niej całkowicie, gdy każdy ruch był już tylko aktem czystej adoracji, ogarnęła mnie niezwykle intensywna, niemal mistyczna fascynacja miękkością i delikatnością jej fałdek, jej zakamarków, jej najskrytszych, najdelikatniejszych, najcudowniejszych tajemnic, które otwierały się przede mną niczym najpiękniejsze kwiaty w ogrodzie Edenu, niczym perły w muszli, niczym sekrety samego nieba ukryte w jej ciele.
To było tak, jakbym wkroczył do krainy czarów, do krainy, gdzie każdy nowy centymetr, każdy nowa fałdka, każdy nowy zakamarek był cudem, był objawieniem, był darem niebios, który smakowałem powoli, z namaszczeniem, z drżeniem całego ciała, z miłością tak wielką, że prawie bolało.
Nie myślałem o oddechu, nie zastanawiałem się nad tym, że za chwilę zabraknie mi powietrza, że za chwilę utonę w niej całkowicie – brnąłem naprzód, świdrując językiem jej wnętrze, zataczając kółka, muskając, ssąc, smakując każdy nektar, każdy sok miłości, który spływał po moim języku, po moich wargach, po mojej brodzie, pachnący nią, miłością, grzechem i niebem w jednym.
Czułem się tak bardzo zniewolony, opętany pragnieniem seksu, pragnieniem kolejnych gorących, niekończących się uniesień, czułem się brudny tym, co się ze mną działo, brudny moją słabością, moją całkowitą, bezwstydną poddaniem się jej ciału, a jednocześnie pragnąłem więcej i więcej, właśnie więcej tego, co sprawiało, że czułem się taki grzeszny, taki niegodny, taki szczęśliwy.
I nagle, choć powinienem się tego spodziewać, choć wiedziałem, że to musi nadejść, upadłem dolną częścią ciała na jej twarz – nieco niżej, głębiej, tak głęboko, że mój twardy, żylasty, rozpalony żar miłości wsunął się w jej gardło bardzo głęboko, do samego końca, do samego dna, do samego serca jej ust.
A może to była jej decyzja, może to ona pociągnęła mnie w dół, może to ona chciała mnie całego, całkowicie, bez reszty – nie wiem, nie pamiętam, nie potrafię rozróżnić, bo w tej chwili byliśmy już tylko jednym ciałem, jedną duszą, jedną rozkoszą.
Nie pozbyła się mnie.
Nawet teraz.
Przyjęła mnie z pełnym zaangażowaniem, z taką miłością, z taką czułością, z taką nieprzyzwoitą namiętnością – pracowała nie tylko ustami, ale i językiem, który wirował ze wszystkich stron, otaczając mnie miłością i gorącem, muskając, ssąc, obejmując, tuląc, jakby chciała mnie zatrzymać w sobie na zawsze, jakby chciała, żebym nigdy, przenigdy nie wyszedł.
I trwało to.
I trwało.
I trwało.
W słońcu wpadającym przez wielkie okno, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.
Bo to nie był dotyk.
To była wieczność.
I my właśnie w niej żyliśmy.
Na zawsze.
I na dodatek, jakby jeszcze tego wszystkiego – tej niekończącej się symfonii jęków, westchnień, mokrych mlaśnięć, gorących oddechów, drżących ciał i pulsujących pragnień – było mało, jakby sam los, w swej nieubłaganej hojności i okrutnej łaskawości, postanowił dorzucić jeszcze jedną, jeszcze bardziej niebiańską torturę, jeszcze bardziej nie do zniesienia rozkosz, zacząłem poruszać biodrami w górę i w dół, powoli, bardzo powoli, ostrożnie, z taką namaszczoną delikatnością, z taką czcią, z taką miłością, że każdy ruch, każdy centymetr, każdy oddech był już tylko modlitwą, tylko błaganiem o więcej, tylko dziękczynieniem za to, że istniejemy w tej chwili, w tym miejscu, w tym ciele.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz