69. Tworząc pozycję sześćdziesiąt dziewięć
W tym momencie, w tej jednej, jedynej, niepowtarzalnej chwili, kiedy powietrze w izbie zgęstniało od naszego wspólnego, niepohamowanego, nieziemskiego pożądania, kiedy każdy oddech był już tylko westchnieniem miłości, kiedy każdy ruch był już tylko błaganiem o więcej, niemal automatycznie, jakby moje ciało wiedziało lepiej niż ja sam, jakby instynkt, ten pierwotny, nieokiełznany, niebiański instynkt, przejął całkowitą kontrolę nad moimi mięśniami, nad moimi myślami, nad moją duszą, wszedłem na nią, tworząc pozycję sześćdziesiąt dziewięć – tę najbardziej intymną, najbardziej symetryczną, najbardziej nieprzyzwoicie doskonałą pozycję, w której obydwoje mogliśmy jednocześnie dawać i brać, jednocześnie kochać i być kochanym, jednocześnie pochłaniać i być pochłanianym w tej niekończącej się, wilgotnej, gorącej, pulsującej otchłani rozkoszy.
Tak jak wiele innych rzeczy, które z nią robiłem – rzeczy, które były dla mnie czymś nowym, czymś nieznanym, czymś, co otwierało przede mną bramy do nieznanych wcześniej niebios rozkoszy – nie zastanawiałem się nad tym ani przez sekundę, ani przez ułamek sekundy, bo nie było potrzeby, bo nie było czasu, bo nie było miejsca na refleksję w tym szaleństwie miłości, które nas pochłaniało całkowicie, bez reszty, bez litości.
To było odruchowe, tak bardzo naturalne, tak bardzo pierwotne, tak bardzo nasze, jakby nasze ciała od zawsze wiedziały, że właśnie tak powinny się splatać, właśnie tak powinny się kochać, właśnie tak powinny się nawzajem pożerać.
W tej chwili na pierwszym miejscu było ogromne, miażdżące, nie do zniesienia pożądanie – pożądanie, które rosło, rosło, rosło, jakby nie miało granic, jakby nie miało końca, jakby było samym życiem.
Podniecenie wciąż narastało, wciąż pulsowało, wciąż domagało się więcej, a ja próbowałem coś z tym zrobić, próbowałem je zaspokoić, próbowałem je ugasić, choć wiedziałem, że to niemożliwe, że to tylko podsycało ogień jeszcze bardziej.
Potrzeba bliskości, potrzeba jak najgłębszego, jak najbardziej całkowitego oddania się drugiej osobie, kazała mi robić coraz bardziej wyuzdane, coraz bardziej nieprzyzwoite, coraz bardziej niebiańskie czynności – czynności, które były jednocześnie grzechem i zbawieniem, jednocześnie torturą i najsłodszą nagrodą.
Mój mózg rozsadzały docierające wszystkimi zmysłami naraz bodźce – odurzający zapach jej skóry, jej potu, jej miłości, jej rozpalonej, wilgotnej, ociekającej nektarem rozkoszy kobiecości, zapach, który był jednocześnie wanilią, solą, morzem i czymś jeszcze, czymś nieuchwytnym, czymś wyłącznie jej; cudowny, słodko-kwaśny, niebiański smak jej najintymniejszej perły, jej ukrytego kwiatu, jej pulsującej otchłani, smak, który był jednocześnie miodem i ambrozją, jednocześnie grzechem i niebem; widok jej intymnych miejsc, przepełnionych niezwykle intensywnym, niepohamowanym pragnieniem spełnienia, z odległości zaledwie kilku centymetrów – widok, który był jednocześnie najpiękniejszym obrazem i najbardziej nieprzyzwoitym, widok wilgotnych, błyszczących, drżących płatków, nabrzmiałego pączka, ociekającej nektarem szparki, widok, który sprawiał, że prawie krzyczałem z rozkoszy; ciepło i miękkość jej ciała, jej skóry, jej ud na moich policzkach, jej dłoni na moich biodrach, jej oddechu na mojej skórze; drżenie jej ciała pod moimi wargami, pod moim językiem, pod moim oddechem; wilgoć – wilgoć jej włosów, wilgoć jej ust, wilgoć między jej udami, wilgoć potu spływającego po jej piersiach, po jej brzuchu, po jej wszystkim.
To wszystko sprawiało, że działałem jak precyzyjnie wyregulowana maszyna – maszyna miłości, maszyna rozkoszy, maszyna stworzona tylko po to, by ją czcić, by ją kochać, by ją pochłaniać – a jednocześnie jak istota, która nie potrafi poradzić sobie z tym, co się z nią dzieje, która tonie w tej rozkoszy, która rozpływa się w tej miłości, która umiera i zmartwychwstaje w niej bez końca.
I kochałem ją dalej – ustami, językiem, dłońmi, całym sobą – powoli, głęboko, bez końca, w słońcu wpadającym przez wielkie okno, w szumie sosen, w zapachu potu, miłości i nas.
Bo to nie był dotyk.
To była wieczność.
I my właśnie w niej żyliśmy.
Na zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz