39. W bladym blasku księżyca.
Tego samego dnia wieczorem, było to jeszcze później... zdaje się było to już koło północy, kiedy już się wykąpaliśmy, postanowiliśmy poszukać morza. Wszyscy byli już tak zmęczeni, że najnormalniej w świecie, poszli spać. Niektórzy, już po rozpakowaniu się, zapowiedzieli, że muszą się przygotować do kolejnego, ciężkiego dnia, wypełnionego handlem na ulicach Odessy.
Ze mną i z Hanią było inaczej. Cały ten wyjazd od samego początku był dla nas typowo turystyczny i rozrywkowy. Jeszcze w autobusie zgodnie stwierdziliśmy, że nie będziemy marnować czasu na beznadziejne siedzenie i będziemy starali się jak najwięcej zwiedzać, chodzić i cieszyć się tym, co tutaj zastaniemy.
Tak też było. Przyszedłem do niej do pokoju. Układała jeszcze jakieś rzeczy. Oświadczyłem, że zabieram ją na spacer. Zgodziła się bez wahania. Wyszliśmy. Kierowaliśmy i się odgłosami fal. Szliśmy, szliśmy... przekroczyliśmy linię ogrodzenia i w końcu trafiliśmy na... schody. Tak, schody. Schody prowadzące w dół. Drewniane schody zawieszone na wysokiej skarpie... bardzo wysokiej skarpie. Trudno mi było wtedy to określić, ale miała wysokość sześćdziesięciu, może siedemdziesięciu metrów. Schodziliśmy zatrzymując się co jakiś czas na półpiętrach, opierając po poręcze i spoglądając w stronę morza. Było przepięknie i uroczo.
Bez problemu mogliśmy dostrzec światła na drugim brzegu olbrzymiej zatoki. Widzieliśmy latarnię, co kilkanaście sekund omiatającą nas swoim światłem. Przyjemny wietrzyk otulał o nasze twarze. Było romantycznie, ciepło i bezpiecznie. Nad naszymi głowami lśnił pełnią księżyc.
Kiedy zeszliśmy na sam dół, nasze stopy dotknęły miękkiego piasku. Zdjęliśmy buty i skierowaliśmy się wzdłuż wybrzeża, w stronę oddalonej od nas świetlistej pochodni. Chcieliśmy do niej dojść. Mieliśmy nadzieję, że to nie takie trudne.
Oczywiście, nie doszliśmy. W pierwszym momencie wydawało nam się, że położona jest od nas dwa, może trzy kilometry, jednak było to dużo dalej. W pewnym momencie, po prostu, rozbolały nas nogi i stwierdziliśmy, że pora już wracać.
Dużo rozmawialiśmy, żartowaliśmy, cieszyliśmy się tym wszystkim, co nas spotkało. Kiedy byliśmy już na wysokości naszego ośrodka, uświadomiłem sobie, że minęło kilkadziesiąt minut, a ja w ogóle jej nie dotknąłem. Bardzo tego chciałem. Byłem bardzo podniecony, ale jednocześnie rozmarzony. Było mi przy niej tak dobrze, że zapomniałem o seksie.
Teraz zbliżyłem się do niej. Szliśmy prawie stykając się ramionami. W pewnym momencie nasze dłonie spotkały się, dotknęły w przelotnym uścisku i znowu rozstały.
Spojrzałem w górę na tą wysoką skarpę, na której majaczyły zarysy dachów naszego hotelu i spytałem cicho:
-Wracamy?
-Nie, - odpowiedziała bez wahania, kręcąc głową, - chodźmy jeszcze kawałek w drugą stronę. Zobacz, tam coś jest. Czyżby to falochron?
Rzeczywiście, przed nami w ciemności, a właściwie w bladym blasku księżyca połyskiwały zarysy postrzępionej konstrukcji. Wyglądało to, jak wrzucone do wody kawałki betonu.
-No to chodźmy, - powiedziałem.
W tym momencie chwyciłem ją za rękę i pociągnąłem za sobą. Szła posłusznie, nie stawiając oporu. Miała delikatną dłoń. Mimo, że kochaliśmy się już w autobusie, czułem się tak, jakbym dotykał ją po raz pierwszy.
To było dziwne, a jednocześnie wspaniałe. Chciałem być bliżej niej, jeszcze bliżej. Przesunąłem się i delikatnie objąłem ją ramieniem. Moja ręka powędrowała na jej biodro.
Wydawało mi się, że w tym momencie powinna w jakiś sposób zaprotestować. Nic takiego, jednak, się nie stało. Szła obok mnie, starając się tak zrównać krok tak, by nasz marsz był w miarę równomierny.
Po chwili odpowiedziała podobnym uściskiem. Poczułem jej palce na swoich plecach. To było fajne i przyjemne. Zachęcony, wzmocniłem uścisk. Przytuliłem się do niej jeszcze bardziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz