30. Jechaliśmy do Kraju Rad.
Następna przygoda, którą zamierzam opisać rozgrywa się na firmowym wyjeździe do Odessy. Gwoli wyjaśnienia, podział Europy wtedy wyglądał zupełnie inaczej niż teraz. Były to czasy socjalizmu i państw zaprzyjaźnionych demo-ludu.
Niemcy były podzielone na NRD i RFN, zamiast Czech i Słowacji, była Czechosłowacja, a Odessa, należąca teraz do Ukrainy, była częścią Związku Radzieckiego.
Tak więc jechaliśmy do Kraju Rad w celach turystyczno krajoznawczych. Przynajmniej taka była oficjalna wersja. Prywatnie jechało się po to, by handlować. Rosjanie kupowali od nas wszystko. Zdjęli by człowieka ostatnią koszulę i kupili. Natomiast u nich Polacy nabywali złoto i chowając je po dziurach w autobusie i ze strachem, wieźli do Polski.
Ja sam, jako młody chłopak, zaczynający dopiero pracę, o tych wszystkich niuansach życia, nie miałem zielonego pojęcia. Myślałem, że jest to wyjazd mający na celu zwiedzenie ciekawych stron. Tak też się nastawiałem. Zresztą, nie tylko ja. Parę innych osób myślało podobnie.
Jednak większość ludzi jechała tylko po to, żeby pohandlować. Oczywiście byli tacy, co jechali po to, żeby się upić... właściwie żeby pić całą drogę. Wiadomo jak to towarzystwo z PGR-u.
To był koniec września. Pogoda paskudna. Od kilku dni siąpił deszcz i wiało. Wczesnym rankiem autobus ustawił się pod bramą zakładu i czekał na pasażerów. Z wielką torbą przyszedłem wcześniej niż inni. Zająłem miejsce na przodzie i, zadowolony, oczekiwałem na to, aż ruszymy. Już sobie wyobrażałem te wszystkie krajobrazy, te wszystkie ciekawe miejsca, przez które będziemy przejeżdżać. Jako, że podróż miała trwać trzydzieści sześć godzin, czyli dzień i noc i dzień bez przerwy, wszystko wydawało się jeszcze bardziej ekscytujące.
Po jakimś czasie zaczęli przychodzić pierwsi podróżni. Rozpychali się łokciami, krzyczeli na siebie, żartowali. Od razu mogłem zorientować się, że wszyscy są dobrymi znajomymi. Między sobą ustalali gdzie mają siedzieć. Pakowali bagaże.
No właśnie zdziwiła mnie ilość tego, co ze sobą zabierają. Ja miałem dużą, ale jedną podręczną torbę, natomiast każdy kolejny delikwent, którego widziałem, taszczył ze sobą przynajmniej trzy solidnie zapakowane, kraciaste torby. Zastanawiałem się w jakim to celu. Przecież to miało być tylko kilka dni? Przecież Odessa leży nad morzem Czarnym, gdzie jest ciepło? Po co brać tyle rzeczy? Wyjaśnienie miało przyjść nieco później.
Upłynęło pół godziny, a autobus nie był pełny. Byłem rozczarowany tym, że tyle musimy czekać. Wydawało mi się, że w ciągu kilkunastu minut wszyscy zajmą swoje miejsca i ruszamy w drogę, przed siebie w daleki świat. Tymczasem zanosiło się na to, że przynajmniej jeszcze drugie pół godziny, będziemy tkwić w deszczu, na parkingu pod hotelem.
Pochyliłem się i zacząłem grzebać w torbie w poszukiwaniu mojej ulubionej książki. Nagle poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Uniosłem głowę i zobaczyłem Hannę. Od razu się uśmiechnąłem.
Hania była sąsiadką z pokoju obok. Spędzałem u niej dużo czasu. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach. Była moją, taką, niepisaną przyjaciółką. Chociaż, właściwie, nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Nie nazywaliśmy tego w ten sposób. W ogóle tego nie nazywaliśmy. Nie było potrzeby. Wydaje mi się, że to ona bardziej lubiła moje towarzystwo. Nigdy nie przeszła obok mnie obojętnie. Tak się składało, że kiedy miałem wolny czas, to zwykle u niej siedziałem w pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz