31. Konfrontacja z brutalną rzeczywistością.
Miała bardzo ładnie umeblowany pokój. Nie tak jak ja. Stały w nim prawdziwe meble, a nie te hotelowe. Były naprawdę ładne, takie jak niejednym luksusowym mieszkaniu. Miała wygodne fotele, duży telewizor, wersalkę. Kupiła to za swoje własne pieniądze.
Lubiłem u niej przesiadywać. Często rozmawialiśmy na tematy filozoficzne, czasami o o polityce. Sporo nas łączyło, jednak nigdy jakoś nie przekroczyliśmy pewnej granicy.
Kiedyś pożyczyłem jej mojego chomika, który biegał luzem i nie zrobił żadnej szkody. U niej w pokoju, już pierwszej nocy podgryzał wszystkie frędzelki u firanki i załatwił kabel od lodówki.
-Czy to miejsce obok ciebie jest wolne? - zapytała z uśmiechem na twarzy.
-Oczywiście, że tak, - odpowiedziałem, także się uśmiechając.
Przesunąłem się do okna, by pozwolić jej usiąść.
-Wolę z tamtej strony, - odpowiedziała.
-Nie ma sprawy. Proszę.
Podniosłem się i wyszedłem między rzędy foteli, żeby pozwolić jej zająć miejsce od okna.
Wrażenie, jakiego dostałem, kiedy przechodziła obok mnie, było bardzo przyjemne. To było nietypowe. Mogła przejść normalnie nie dotykając mnie. Ona jednak, niby przypadkiem, otarła się o moje ciało.
Miała na sobie, mimo chłodu, lekką, zwiewną sukienkę przed kolana i skórzaną, krótką kurteczkę.
-Nie zmarzniesz? - spytałem, kiedy już zajęła miejsce.
-Nie, no skąd? W autobusie jest ciepło, a tam dokąd jedziemy, to już zupełnie inna bajka. Czy wiesz, że to inna strefa czasowa?
-O, - zdziwiłem się, - nie wiedziałem.
-Tak. Będziemy przestawiać zegarki o godzinę.
Usiadłem obok niej. Nie wiem dlaczego coś kazało mi spojrzeć w jej stronę. Jej sukienka była na tyle krótka, że nie zasłaniała kolan. Nie miałem pojęcia, dlaczego teraz, ta dziewczyna zwróciła moją uwagę?
Hania była o pół głowy niższa ode mnie. Miała rude włosy, zwykle spinane w kluczyk i szczery, serdeczny uśmiech. Była dość zgrabna.
-Czy ty nie przesadziłeś z tym ubraniem? - zwróciła się do mnie po kilku minutach, - Ściągnij przynajmniej tą kurtkę.
Spojrzałem na nią zaskoczony.
-Przecież jest zimno.
-Nie przesadzasz? Nie masz czasem na sobie kaleson?
Roześmiała się w głos i położyła dłoń na moim udzie. Byłem tak zaskoczony, że otworzyłem usta.
-Ale…
-Ja tylko sprawdzam, - powiedziała, uśmiechając się.
“Ta... a ja jestem archaniołem Gabrielem”, - pomyślałem.
-Nie, nie mam, - odpowiedziałem grzecznie.
-Już myślałam, że założyłeś kalesony.
Wydawało mi się, że w tym momencie powinna już zabrać swoją dłoń. Nic takiego, jednak, się nie stało. Jej ręka wciąż tam była. Jakby zapomniała o tym, że ją tam zostawiła. Przesuwała ją do góry i do dołu, jakby sprawdzając, czy rzeczywiście pod spodem nic nie ma, albo... No właśnie, albo chciała, już na samym początku podnieść temperaturę naszego, niby przypadkowego, spotkania.
Jak to w polskich warunkach bywa, zamiast pół godziny, czekaliśmy jeszcze ponad godzinę. Już na samym początku zaczynałem mieć wszystkiego dosyć. Inaczej to sobie wyobrażałem. Liczyłem na przyjemną i ciekawą podróż z miłymi serdecznymi ludźmi, tymczasem to, z czym się zetknąłem, przypominało raczej kórnik rozkrzyczanych kwok.
Niestety, to była moja konfrontacja z brutalną rzeczywistością, a raczej ludźmi z mojego zakładu. W uszach brzmiały mi jeszcze słowa mojej koleżanki, Agaty. Ona nie wybrała się na tą wycieczkę. Stwierdziła, że towarzystwo jest nieodpowiednie. Powiedziała, że gdyby byli to inni ludzie, to na pewno by skorzystała z okazji, bo sam wyjazd zapowiadał się ciekawie. Pamiętam, że wtedy tylko się uśmiechnąłem. Tak naprawdę, nie wiedziałem, co ma na myśli.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz