12. Będą jej szukać.
Jej cipka obejmowała mojego chuja uściskam mocniejszym niż imadło. Była wilgotna jak bajoro, gorąca, niczym garnek świeżo ugotowanej zupy, drżała, szarpała się w intensywnych skurczach, sprawiała, że przez moje ciało przebiegały fale odbierających zmysły, dreszczy.
Wchodziłem i wychodziłem, wchodziłem i wychodziłem… powoli, spokojnie, tak, jakby wszystko było zaplanowane, tak, jakbym wszystko przewidział, od początku, do końca.
Leżała, podparta na piersiach, z uniesionymi do góry pośladkami i rozsuniętymi udami. Trzymałem ją za biodra i poruszałem się w niej miarowo. Każdy mój ruch odbierał jej kolejną porcję witalnych sił. Czułem, jak płyną przez mojego fiuta i zalewają moje ciało przyjemnym prądem.
-Och tak, tak… - wzdychała coraz ciszej.
Na jej twarzy pojawił się grymas, ledwie zauważalnego, uśmiechu. Jednak była to tylko automatyczna reakcja jej organizmu.
W pewnym momencie całkowicie straciłem kontrolę nad tym, co się ze mną działo. Najpierw w moich uszach pojawił się dudniący szum. Szybko narastał i przeszedł w tentent pędzącego pociągu.
Chwilę później moje oczy przestały widzieć. Zapadłem w ciemność. Jeszcze przez jakiś czas czułem, jak na całej powierzchni mojej skóry pojawiają się tysiące, miliony drobniutkich, mikroskopijnych igiełek.
Miałem totalną świadomość jej istnienia. Tak jakby od zawsze była moja, jakby od zawsze należała tylko do mnie. Byłem w niej, a ona we mnie. Czułem, że wszystko, kim była, od tej chwili, od tego momentu znajduje się w mojej głowie.
Teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawiły się wspomnienia. Obrazy, dźwięki, zapachy bombardowały mój umysł. Niestety, nie były moje. Wszystkie należały do niej. Miałem wrażenie, jakbym przenosił zapis jej życia do swojego mózgu. Tysiące terabajtów informacji płynące w tempie, który przyprawiał o zawrót głowy.
Zobaczyłem jej rodziców… jakieś śniadanie, czy obiad… przystojnego blondyna, który trzymał ją za rękę… szkołę… codzienne zajęcia…
Koniec.
Otworzyłem oczy. Leżałem na podłodze. Był środek dnia. Jasne promienie, wysoko znajdującego się, słońca, zalewały swym blaskiem całe pomieszczenie.
Spojrzałem w stronę wersalki. Młoda, naga dziewczyna leżała na niej twarzą do dołu. Nie ruszała się.
W pierwszej chwili, nie mogłem sobie przypomnieć, co dokładnie, się stało. Jednak, z każdą upływającą sekundą docierało do mnie coraz więcej szczegółów. Później, co było jeszcze bardziej przerażające, pojawiły się obrazy z jej życia w mojej głowie.
Wiedziałem, że będą jej szukać. Dawno powinna być już wśród swoich. Wiedzieli, skąd i dokąd zmierzała. Dotarło do mnie też to, że, niestety, kiedy w środku nocy, nagi, biegłem za nią, jakiś spóźniony przechodzień, był tego świadkiem. Dziwiło mnie tylko to, dlaczego od razu nie wezwał policji.
Wpadłem w panikę. Poderwałem się na równe nogi, gotowy do błyskawicznej ucieczki. Nagle, dotarło do mnie, że jestem kompletnie nagi, a mój kutas sterczy, niczym rakieta, gotowa do startu. Gdybym tak pojawił się na ulicy, z pewnością, już po kilku minutach zatrzymali by mnie. Musiałem coś wymyślić i to szybko, ponieważ w stronę budynku zbliżali się jacyś ludzie.
Nerwowo rozejrzałem się dookoła. Przy okazji, nieopatrznie, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, wszedłem w bezpośrednie promienie słońca. Od razu poczułem silne pieczenie, jak przy kontakcie z mocno rozgrzaną powierzchnią.
Odruchowo cofnąłem się w strefę cienia. Zrozumiałem, że na piaszczystej plaży już się nie poopalam. Na mojej skórze pojawiły się brzydkie bąble. Musiałem rozejrzeć się za jakimś odzieniem.
Czasu było coraz mniej. Usłyszałem, jak ciężkie skrzypiące drzwi, prowadzące do opustoszałej kamienicy, powoli się otwierają.
Na domiar złego, jakby tego było jeszcze mało, poczułem jak w moich członkach, dosłownie i w przenośni, błyskawicznie wzbiera gigantyczne podniecenie. Było inne, niż to, które do tej pory odczuwałem. To było coś bardzo prymitywnego, ciemnego, zwierzęcego.
Wybiegłem na klatkę schodową, lecz szybko stamtąd wróciłem. Po zniszczonych schodach, głośno rozmawiając i paląc papierosy, wspinało się czterech rosłych mężczyzn.
Nie wiedziałem czego chcą. Najprawdopodobniej, pojawili się tutaj zupełnie przypadkowo. Nie mogłem jednak ryzykować. Na sofie leżała nieżywa dziewczyna, a ja byłem goły, jak mnie pan Bóg stworzył.
Ruszyłem pędem na górę. Pokonywałem po kilka stopni naraz. Byłem boso, poruszałem się nadzwyczaj cicho.
Po kilkunastu sekundach znalazłem się na ostatnim piętrze. Stąd już nie było ucieczki. Na dach nie mogłem wyjść. Do dołu prowadziły tylko jedne schody, te, po których szli mężczyźni.
Trzęsąc się ze strachu, wszedłem do jednego z pomieszczeń i schowałem za uchylonymi drzwiami. Po chwili stwierdziłem jednak, że to kiepski pomysł. Musiałem poszukać lepszego rozwiązania.
Musiałem zbliżyć się do tego, jasno oświetlonego okna i poszukać jakiegoś wyjścia. Decyzja była bardzo trudna, gdyż pęcherze, pozostawione przez wcześniejszy kontakt z promieniami słonecznymi, zaczynały dotkliwie boleć.
W końcu, ostrożnie zbliżając się od zacienionej strony, znalazłem się tuż przy parapecie. Bliski kontakt z południowym blaskiem naszej dziennej gwiazdy, był bardziej nieprzyjemny, niż mi się na początku wydawało. Moje oczy zdawały się płonąć. Przez chwilę, kompletnie, nic nie widziałem. Mimo wszystko, zdałem sobie sprawę, że to była dobra decyzja.
Po lewej stronie, dosłownie kilka metrów dalej, znajdował się drugi, nieco niższy, budynek. Zrozumiałem, że jeśli wejdę na dach i dobrze się rozpędzę, uda mi się przeskoczyć.
Nie mogłem jednak tak wydostać się na zewnątrz. Musiałem okryć czymś moje wrażliwe ciało.
Nie wiem jak to nazwać, czy był to zwykły przypadek, czy dopisało mi szczęście, ale nieopatrznie znalazłem się w garderobie, lub czymś, co kiedyś nią było.
Na przeciwległej ścianie, pomiędzy rzędami damskich ciuchów, wisiał długi, ciemny, przeciwdeszczowy męski płaszcz. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak bardzo się ucieszyłem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz