Szukaj na tym blogu

4 stycznia 2018

Wampir.


13. Płaszcz.

Po chwili, to dość nietypowe odzienie, miałem już na swoich plecach. Płaszcz było czuć starzyzną. Nie zastanawiając się, ponownie wyszedłem na klatkę schodową. Jak się okazało, zrobiłem to w ostatnim momencie. Mężczyźni, najprawdopodobniej, natknęli się na martwą dziewczynę, bo głośno krzycząc, biegli już na górę.
Błyskawicznie skoczyłem na drabinkę prowadzącą do włazu dachowego. Modliłem się, żeby był otwarty. Miałem bardzo mało czasu.
-To on! Łapmy go! - wołali za moimi plecami.
Po kilku sekundach, byłem już na, pokrytej papą, powierzchni stropu. Rozejrzałem się nerwowo dookoła. Musiałem czymś zablokować wyjście, aby uniemożliwić im dalszy pościg. W dość niedużej odległości zauważyłem starą beczkę i kilka ciężkich pustaków.
Byli już na ostatnim piętrze. Stojąc u podnóża włazu, krzyczeli:
-Tam jest! Mamy go! Już nam nie ucieknie!
Kiedy toczyłem wielką kadź w kierunku włazu, byli już na drabinie.
-Ty zboczeńcu! Proś Boga o wybaczenie, bo to ostatnie twoje chwile! - usłyszałem znajomy głos.
W ciągu ułamka sekundy zesztywniałem. Dobrze wiedziałem, kim był facet wspinający się do góry. Chociaż nie poznałem go osobiście, był we wspomnieniach mojej ofiary. Miałem się czego obawiać. To był jej ojciec. Spotkanie z nim, nie wróżyło niczego dobrego. Wiedziałem, że może mieć broń.
Chwyciłem za krawędź pokrywy i uniosłem ją do góry. Nie wiem dlaczego, ale nie mogłem się powstrzymać, przed odruchem, żeby nie spojrzeć mu w twarz. To było silniejsze ode mnie.
To był mój błąd. Nagle usłyszałem głośny huk, a obok mojej skroni, ze świstem, przeleciała kula.
Przestałem myśleć i zastanawiać się. Znów byłem kimś innym. Byłem maszyną.
Zamknąłem klapę przecinając mu palce. Usłyszałem przeraźliwy wrzask. Przytrzymałem właz nogą i stoczyłem na niego beczkę. Zaraz później postawiłem jeszcze dwa pustaki. Krzyki nie ustawały. Mężczyzna próbował zabrać dłonie.
Nie czekałem na to, aby zobaczyć, co stanie się dalej. Podbiegłem do krawędzi bloku. Z tej perspektywy, odległość do drugiego muru, wydawała się dużo większa. Nie miałem, jednak, czasu na zastanawianie się nad tym, czy uda mi się przeskoczyć. Musiałem to zrobić zaraz i musiało mi to wyjść za pierwszym razem.
Cofnąłem się na drugi koniec i, ile sił w nogach, ruszyłem przed siebie. Błyskawicznie pokonałem szerokość kamienicy, odbiłem się na jej krawędzi i skoczyłem. Krótki lot w powietrzu zakończył się twardym lądowaniem na drugim budynku. Nic mi się jednak nie stało.
Podniosłem się, otrzymałem, poprawiłem płaszcz rozejrzałem za wejściem do środka. Ten dom, w przeciwieństwie do poprzedniego, był zamieszkany, a klapa przeciwpożarowa, szczelnie zamknięta. Znów miałem problem.
Czułem, jak południowe słońce, coraz mocniej rani nieosłonięte części mojego ciała. Krzywiąc się z bólu, cofnąłem się w cień, rzucany przez kilkudziesięcio piętrowy wieżowiec, stojący po drugiej stronie ulicy. Szczęście, jednak, i tym razem mi sprzyjało.
Od razu w oczy rzuciła mi się poręcz zewnętrznych schodów przeciwpożarowych. Bez chwili zwłoki zacząłem zbiegać po nich w dół. Stary, zardzewiały metal wydawał z siebie głośne, brzęczące dźwięki. Bałem się, że znowu, zwróci to uwagę nieproszonych obserwatorów. Nic, jednak, takiego się nie stało.
Stawiając nogi na chodniku, poczułem dużą ulgę. Miałem trochę przewagi nad moimi prześladowcami, jednak musiałem się spieszyć, ponieważ wiedziałem, że nie odpuszczą. Cóż, jednak, mogłem zrobić, skoro, nawet twarz, miałem poparzoną, a moje oczy spływały strugami łez. Jak najszybciej musiałem się schować w ciemnym chłodnym miejscu. Jedyne rozwiązanie, jakie w tej chwili, przychodziło mi do głowy, to piwnice.
Udając zwykłego przechodnia, z opuszczoną głową, starając się nie zwracać na siebie uwagi, wszedłem do kamienicy. Kiedy zamykałem za sobą ciężkie drzwi, wiedziałem, że znów wyszedłem cało z opresji.
Wejście do piwnic lokatorskich nie było niczym zabezpieczone. W środku panował przyjemny chłód. Bez problemu, odnalazłem puste pomieszczenie na końcu korytarza. Wszedłem tam, usiadłem pod ścianą na zimnym betonie, skuliłem się i tak zasnąłem.
Obudziło mnie dziwne, nieodparte uczucie, że, z przeciwległej ściany komórki, wpatrują się we mnie czyjeś, uważnie źrenice. Szarpnąłem się, gotowy do panicznej ucieczki. Jednak, kiedy dokładnie się przyjrzałem, dotarło do mnie, że to światełka odblaskowe powieszonego tam roweru.
Roześmiałem się do siebie w duchu. “Strach ma wielkie oczy” - pomyślałem. Po chwili, jednak, przyszła refleksja. Zacząłem zadawać sobie pytania. Kim byłem? Co się ze mną stało? Czy już zawsze będę outsiderem, wykluczonym poza nawias społeczeństwa, wyrzutkiem? Czy już zawsze będą mnie ścigać ojcowie, mężowie, kochankowie? A może, rzeczywiście, stałem się bestią, o której wspominali, ścigający mnie, ludzie?
Nie znałem żadnej odpowiedzi. W mojej głowie pojawiła się pustka, a wraz z nią coś jeszcze bardziej nieprzyjemnego. Głód.
Nie był to jednak zwykły, ludzki głód. Było to, coraz bardziej palące, pragnienie seksu. Coś, co, koniecznie, musiałem zaspokoić. Nie było to, także, normalne podniecenie. Nie było tak, iż, jak to na co dzień bywa, mówisz sobie: “sterczy mi fujara, chce mi się ruchać, dobrze by było znaleźć sobie jakąś laskę, żeby zaspokoić swoje pożądanie”. To było coś, co szeptało: “musisz to robić, żeby żyć, musisz to robić często, dużo, intensywnie”.
Nie miałem pojęcia jak, w jaki sposób, jakimi zmysłami, jednak wyraźnie czułem obecność wielu kobiet w pobliżu. Były różne: młodsze i starsze, szczupłe i tęgie, ładne i brzydkie, blondynki, rude i czarne, niektóre bardziej podniecone inne mniej. Miały, jednak, jedną wspólną cechę: każda z nich była ofiarą, moją, potencjalną ofiarą, zwierzyną łowną. Musiałem wybrać się na polowanie.

I love having sticky cum in my panties...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...