Szukaj na tym blogu

18 stycznia 2018

Wampir.


27. Jedzenie.

Nie miałem pojęcia ile spałem. Zdawało mi się, że całe wieki. Nie czułem się najlepiej. Oprócz gigantycznego podniecenia, odczuwałem najnormalniejszy w świecie głód.
Więc jednak nie byłem zombie. Żyłem. Moje ciało potrzebowało energii pochodzącej, nie tylko z seksu, ale także z produktów żywnościowych.
W ciągu ostatniego czasu burzliwe zbliżenia erotyczne, pochłonęły mnie tak bardzo, że zupełnie zapomniałem o tak prozaicznej czynności, jak jedzenie. Powiem więcej. Zapomniałem o całej reszcie, o moim dotychczasowym życiu, o mieszkaniu, pracy, rodzinie. Gdzieś mi to wszystko umknęło.
Przez chwilę zastanawiałem się, czy powrót do tego, kim byłem przed przemianą, będzie możliwy. Zresztą nie wiedziałem, czy chcę wracać.
Podniosłem się i powoli ruszyłem przed siebie. Pokonałem dwie kondygnacje schodów i poczułem chłodny powiew nocnego powietrza. Chwilę później wyszedłem na zewnątrz, spojrzałem w górę. Niebo było usiane milionami gwiazd.
Wykonałem skok na sąsiedni budynek. Na płaskiej powierzchni dachu rozpędziłem się i przeleciałem nad ogrodzeniem. Po wykonaniu ładnego łuku, miękko wylądowałem na chodniku po drugiej stronie płotu. Wciąż czułem się zagrożony, ale okolica wyglądała na opuszczoną.
Ruszyłem przed siebie w poszukiwaniu jakiegoś baru bądź restauracji. Było mi wszystko jedno. Chodziło mi tylko o to, żeby coś zamówić. Dopiero po kilku minutach dotarło do mnie, że nie mogę tego zrobić. Przecież nie miałem pieniędzy. Moje ubranie wraz ze wszystkimi dokumentami zostało kilka kilometrów stąd. Powrót w tamto miejsce, raczej, nie wchodził w rachubę. Musiałem poradzić sobie w inny sposób.
Okazja do zdobycia śniadania, czy też, jak w moim przypadku, kolacji, nadarzyła się wkrótce, po tym, jak z wąskiej uliczki wyszedłem za róg na bardziej uczęszczaną arterię. Jak na zawołanie, obok mnie zatrzymała się taksówka. Silnik pracował jeszcze przez jakiś czas, światła były włączone, ktoś płacił rachunek. Szedłem dalej, starając się nie zwracać na siebie uwagi.
Kiedy ich minąłem usłyszałem jak drzwi pojazdu się otwierają. Odwróciłem głowę i odruchowo spojrzałem za siebie.
Pasażerem była kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat. Miała jasne, długie, układające się w fale włosy. Ubrana była obcisłą, nie zasłaniającą kolan spódnicę, białą bluzkę z falbankami, oraz gustowną garsonkę. Nietypowym zachowaniem, zwracała na siebie uwagę.
Mamrocząc coś pod nosem, mozolnie wygramoliła się na zewnątrz. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest pijana. Zrobiła kilka chwiejnych kroków, taksówka odjechała, a ona, jak długa, wyrżnęła orła na środku chodnika.
Pomijając to, że chciałem wykorzystać sytuację, zrozumiałem, że mam w sobie jeszcze mnóstwo ludzkich odruchów. Ze szczerych chęci chciałem pomóc. Podbiegłem i odezwałem się do niej:
-Nic się pani nie stało?
Przez chwilę jeszcze coś tam do siebie muczała, a później uniosła głowę i, kiedy mnie zobaczyła, powiedziała zmęczonym głosem:
-O, mój prywatny anioł stróż. Nie powinieneś mieć białego płaszcza?
Pochyliłem się, chwyciłem ją mocno za przedramię i uniosłem do pozycji siedzącej. Mimo, że rozbawiła mnie swoją wypowiedzią, wrodzona troska kazała mi zapytać:
-Gdzie pani mieszka?
Poprawiła niedbale włosy, a później machnęła ręką.
-Pieprzona wódka, pieprzone przyjęcie u szefa! Dam sobie radę, bodyguardzie ty mój, - powiedziała.
Objąłem ją ramieniem w pół i uniosłem do góry. Wrażenie było bardzo przyjemne. Była lekka i pachniała słodkimi różami.
Moje pożądanie rozsadzało mnie od środka. Mój kutas niezmiennie, od samego początku, sterczał, niczym kawałek dyszla. Najchętniej zerżnął bym ją już tutaj, ale musiałem przecież zasilić mój organizm w podstawowe składniki odżywcze. Poza tym, dokładnie wiedziałem, czym kończy się miłość ze mną. Nie chciałem jej od razu zabijać.
Wogóle nie chciałem pozbawiać jej życia. Zastanawiałem się dlaczego. Czyżby dylematy moralne, zaczęły brać się nade mną górę? Później wytłumaczyłem to sobie względami czysto praktycznymi.
-Gdzie pani mieszka? Pomogę pani wejść do domu, - zwróciłem się do niej opiekuńczym tonem.
Powiesiła się na mojej szyi i przywarła do mnie całą powierzchnią ciała.
-O tutaj, - wskazała bramę, obok której staliśmy.
-No to chodźmy, - powiedziałem.
Po chwili weszliśmy na, słabo oświetloną, klatkę schodową.
-O rany, jak mi z tobą dobrze! - odezwała się miękkim głosem. - Jestem cała podniecona. Czy pod tym płaszczem coś jeszcze masz, aniele śmierci?
Drgnąłem. Poczułem się tak, jakby mnie rozpoznała. Nie mogłem, jednak, dać tego po sobie poznać. Uczucie fizycznego głodu, lęku oraz wszechogarniającego podniecenia mieszało się we mnie, w dziwnym koktajlu.
W końcu stanęliśmy pod jej drzwiami.
-Ma pani klucz? - spytałem.
Popatrzyła na mnie podejrzliwie.
-Proszę się nie obawiać, nie jestem złodziejem.
-A skąd ja mam to wiedzieć? - wymamrotała.
Mimo wszystko wyjęła pęk kluczy. Otworzyłem i znaleźliśmy się w pięknym, gustownie urządzonym  mieszkaniu.
Posadziłem ją na sofie, która stała na środku dużego salonu.
-Wszystko w porządku? - zadałem jeszcze jedno pytanie.
-O tak. Jak najbardziej, - odpowiedziała zadowolona.
Zamiast wyjść, usiadłem obok niej i uważnie się przyglądałem.
-Przystojny jesteś, - rzuciła cicho. - Napijesz się czegoś?
-Chętnie, - powiedziałem, kiwając głową.
-Przepraszam, ale dziś musisz obsłużyć się sam. Rozumiesz, jestem nieco niedysponowana, - próbowała się tłumaczyć, kiedy czekałem na jej reakcję.
-Oczywiście, tylko… - zacząłem niepewnie.
-Ach, no tak, przepraszam… tam jest barek, - powiedziała, wskazując na wnękę w przeciwległej ścianie mieszkania.

Dodaj podpis


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...