Szukaj na tym blogu

17 stycznia 2018

Wampir.

26. Byłem jak Hulk.

Rozejrzałem się dookoła i wykonałem jeszcze jeden skok. Jeszcze dłuższy niż poprzednio. Wylądowałem dwie ulice dalej, na kolejnym dachu. Spodobało mi się.
Jeszcze raz się odbiłem i jeszcze raz poszybowałem. Byłem jak Hulk, tyle, że mniejszy i nie zielony. Pęd powietrza i prędkość były cudowne. Tak jakby nagle grawitacja spadła kilkukrotnie.
Skoczyłem jeszcze raz, dla zasady, później kolejne dwa. Pomyślałem sobie, że jeśli mam już takie umiejętności, dobrze będzie się oddalić od miejsca, w którym zostawiłem ciała swoich ofiar.
W końcu, skacząc tak z dachu na dach, zorientowałem się, że pokonałem pół miasta. Z tej wysokości widziałem, jak słońce wychodzi zza horyzontu. Musiałem szybko znaleźć jakieś zacienione, ustronne miejsce.
Nie byłem wybredny. Dobre byłoby cokolwiek, byleby tylko przetrwać do następnej nocy. Zrobiłem jeszcze kilka długich skoków i znalazłem się w pobliżu czegoś, co przypominało starą, opuszczoną fabrykę.
Wysokie, wykonane z czerwonej cegły budynki, sprawiały upiorne wrażenie. W normalnych warunkach takie budowle omijał bym z daleka. Jednak teraz liczyło się tylko to, aby schronić się przed palącymi promieniami i uniknąć nagonki, która zapewne już się rozpętała.
Skoczyłem na ulicę i stanąłem u progu wielkiej, zardzewiałej kratownicy, która miała służyć za bramę. Szarpnąłem kilkakrotnie, ale była zamknięta. Nie wiem dlaczego, ale uparłam się, aby wejść do środka, jak każdy inny człowiek.
Nie bałem się. Bez pośpiechu odchodziłem cały kompleks, sprawdzając poszczególne wejścia. Nie udało mi się pokonać żadnego z nich. Dopiero po jakimś czasie, uświadomiłem sobie, że w ten sposób sprawdzałem, czy kryjówka była bezpieczna.
Po jakimś czasie odwróciłem się i, spokojnie, ruszyłem przed siebie prostopadłą ulicą. Kiedy oddaliłem się na kilkadziesiąt metrów, znów zrobiłem w tył zwrot. Spojrzałem do góry. Parkan miał ponad dziesięć metrów wysokości. Trudno było mi pozbyć się wrażenia, że nie uda mi się go przeskoczyć.
Wziąłem solidny rozpęd odbiłem się. Oczywiście, poszybowałem dużo wyżej niż założyłem. Przeleciałem, nie tylko nad ogrodzeniem, ale także nad budynkiem, który stał tuż za nim.
Zacząłem się śmiać sam do siebie. Wrażenie było niesamowite. Byłem w tak dobrym nastroju, że poskakałbym jeszcze, dla samej przyjemności, ale, niestety, musiałem się ukryć.
Gmach miał cztery, może pięć pięter. Musiałem zejść na sam dół, najlepiej do piwnicy. Bez trudu znalazłem klatkę schodową. Tuż obok znajdował się pusty szyb windowy. Zamiast zejść normalnie piechotą, bez namysłu skoczyłem w przepaść. Wylądowałem sprężyście, na ugiętych nogach, wzbijając tumany kurzu.
Otrzepałem się i uważnie rozejrzałem dookoła. Uśmiechnąłem się do siebie. Miałem to, czego chciałem. Wokół panowały egipskie ciemności. Zacząłem się obawiać, że w takich warunkach, nie dość, że nie znajdę wygodnego miejsca, to jeszcze na coś wlezę i zrobię sobie krzywdę.
O dziwo, mój wzrok okazał się być bardzo elastyczny i szybko dostosował się do panujących wewnątrz warunków. Po chwili rozpoznawałem już poszczególne przedmioty, maszyny, a nawet narzędzia, pozostawione przez pracujących tu niegdyś robotników.
Kiedy, jak mi się zdawało, dotarłem już wystarczająco daleko, pod ścianą, jednego z pustych pomieszczeń, ustawiłem starą, drewnianą, solidną ławę, położyłem się na niej i natychmiast zasnąłem. To było silniejsze ode mnie. Nie byłem w stanie zbyt długo utrzymać uniesionych powiek. Cisza, która tu panowała, oraz moc wrażeń, przeżytych w ostatnim czasie, pokonały mnie od razu.
Nagle ocknąłem się. Odniosłem wrażenie, że ktoś stoi za ścianą. Wyraźnie słyszałem szepty dwóch, a może trzech osób. Mówiły o mnie, naradzały się.
Natychmiast usiadłem. Skierowałem głowę w kierunku skąd, teoretycznie, dobiegały głosy. Nie ruszałem się, by nie powodować niepotrzebnych hałasów. Byłem przekonany, że to ścigający mnie ludzie.
Wciągnąłem stopy na ławę i spojrzałem w sufit, w poszukiwaniu jakiejś drogi ucieczki.
-On jeszcze śpi.
-No coś ty, nie śpi już.
-Mówię ci, że śpi.
-Podejdź i sprawdź.
-Ja go zwiążę, a ty na niego wejdź.
To były kobiety. Szepty były ciche, jednak bardzo dobrze słyszalne, na dodatek, znałem je. Nie potrafiłem określić, gdzie już słyszałem te głosy, ale byłem pewny, że są mi znane.
-Jest taki słodki, chcę mieć go pierwsza.
-Nie, ja go wezmę, ty musisz poczekać.
Nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Miałem ochotę się uszczypnąć, aby przebudzić się ze snu. Nie spałem jednak, byłem pewny, że nie śpię, że to dzieje się naprawdę.
Wahałem się, nie wiedziałem co robić, uciekać, czy poczekać na dalszy bieg wydarzeń. Jeżeli to były tylko kobiety, byłem w stanie sobie z nimi poradzić.
Powstrzymałem, jednak, lęk i niepewność.
Szeroko otworzyłem oczy. W pomieszczeniu panowała kompletna cisza. Jednak, mimo wszystko, to był tylko sen.


Sweet Fuckery




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...