Szukaj na tym blogu

19 października 2018

Gabinet masażu.

7. Pozwól sobie na to.

Czas mijał: jedna minuta, druga, trzecia… właściwie nie zmienia taktyki. Była prawdziwą profesjonalistką. Dokładnie wiedziała jak chwycić, z której strony zapleść palce, jak mocno je zacisnąć i w końcu, jak szybko nimi poruszać. To było tak precyzyjne, że miałem wrażenie, iż robi to lepiej ode mnie. Nie…  no tak. Tak rzeczywiście było. Oczywiście, tak było. Była doskonała i coraz bardziej jej pragnąłem.
-Oooooohhhh, aaaaaaahhhh… - co chwilę wydobywało się z mojego gardła.
Raz, raz, raz, raz, - poruszała się jej rączka. W powietrzu rozbrzmiewały mokre odgłosy.
-Taaaak… - usłyszałem jej cichy, przypominający szept, głos.
Moje jęki westchnienia były dla niej sygnałem, że robi to dobrze, że nie popełniła żadnego błędu i za chwilę będzie po wszystkim. O tak, miało być właśnie tak.
W ciągu kolejnych kilku minut całkowicie zatraciłem poczucie tego, gdzie jestem, co robię, co się ze mną dzieje. Przed moimi oczami była tylko ciemność. W uszach słyszałem biały szum, bicie swojego serca i własne tętno. Miałem wrażenie, że płonę. Słodkie płomienie paliły moje ciało na popiół, ale było to tak przyjemne, że grzechem byłoby to przerywać.
Ściskała moją lancę u podstawy, jedną ręką, a drugą poruszała do góry i do dołu szybciej i szybciej. Co chwilę sprawnie nabierała oliwy, czy czego tam miała, aby jeszcze łagodniej i delikatniej wprowadzić mnie w stan ekstazy.
Powiem tak, gdyby jej ręce były bardziej suche, pewnie już dawno byłoby po wszystkim. W ten sposób wszystko się przeciągało i moje napięcie rosło jeszcze bardziej. Nigdy wcześniej nie wyobrażałem sobie, że może być aż tak wysokie. Miałem wrażenie, że moje serce za chwilę wyskoczy mi z piersi, uderzało z prędkością młota pneumatycznego, ale tak było dobrze. Było doskonale.
I teraz nastąpił ten moment, którego w ogóle się nie spodziewałem. Do głowy by mi nie przyszło, że może mnie obdarować takim prezentem. Co za kobieta! Jedną dłonią, wciąż waląc moją gruchę w taki sposób, aby nie straciła chociaż na milimetr sprężystości i turgoru, drugą chwyciła za ramiączka swojej zielonej bluzki i pociągnęła na boki. Najpierw jedno, później drugie i odsłoniła swoje wielkie cycki.
“Boże, och nie! Tak, tak! Właśnie tak. Nie, nie! Proszę, nie rób tego. Nie wytrzymam. Och błagam, nie rób tego!” - moje myśli stały się sędzią, prokuratorem i obrońcą w jednym.
Nie wiem, co się ze mną działo, nie mam pojęcia, ale walczyłem ze sobą. Z jednej strony chciałem się rzucić na całego, w ten ocean doskonałej rozkoszy, a z drugiej uciec, jak tchórz podwinąć ogon. To wszystko było dla mnie dużym szokiem. Jej cycki… och te cycki… były tak duże, Boże… tak doskonałe w swoim kształcie, że trudno było mi rozsądnie myśleć.
Teraz po latach, kiedy na takie cycki już trochę się napatrzyłem, trudno mi sobie uświadomić, że akurat tamte zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie. Może dlatego, że były pierwsze tak wielkie. Hmm…  no cóż. Fakt pozostaje faktem.
Gapiłem się na te jej wielkie balony i jej dłonie, tak sprawnie zajmujące się moim dorodnym owocem. Dyszałem cicho, jęczałem i stękałem wiedząc, że za chwilę wystrzelę do góry potężnym ładunkiem mojego pożądania. Nie chciałem niczego przerywać, odwlekać, czy odsuwać w czasie. Jeżeli miało się stać to teraz, to dobrze.
-Och, nie wiesz jak bardzo podoba mi się twój kutasik. Bardzo, - usłyszałem jej cichy szept.
Była bardzo podniecona. Kto wie, może bardziej niż ja. To wszystko było takie dziwne i tak niesamowicie erotyczne.
-Odpręż się, pozwól sobie na to. Strzel na mnie, - mówiła półprzytomnym głosem.
Rzeczywiście, chciałem, aby tak się właśnie stało. Bardzo tego chciałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...