35. Mroczny cień.
Po chwili usłyszałem niskie, bulgoczące pomruki. Zesztywniałem, nie mogłem wykonać najmniejszego ruchu. Dopiero teraz dotarło do mnie, dlaczego wcześniej go nie zauważyliśmy. Był, jak mroczny cień, doskonale wpasowany w tropikalny las. Na dodatek był niesłychanie wielki, tak wielki, że stojąc niecałe dwa metry od niego widziałem, zaledwie, połowę jego cielska.
Po trzydziestu minutach, kiedy już byliśmy pewni, że koledze nic nie grozi, ruszyliśmy w dalszą drogę. W absolutnej ciszy pokonaliśmy jakiś kilometr. W pewnym momencie niespodziewanie odezwał się Morgan.
-Słyszeliście to?
Nic do mnie nie dotarło więc zapytałem:
-Co?
Rozejrzał się.
-Tam, - powiedział wskazując palcem na pobliskie zarośla.
Dwadzieścia metrów dalej wyskoki las urywał się, jak ucięty nożem. Zastępowała go ściana wysokich, gęstych roślin wyglądem nieco przypominających ziemską kukurydzę. Kiedy pokonaliśmy jeszcze jakieś dwadzieścia metrów usłyszeliśmy jakieś dziwne odgłosy. Lara zdawała się być bardzo wystraszona.
-Dziwne. Co to? - niepokoiła się.
-Poczekajcie, - Cristi zatrzymała nas ruchem dłoni, - To chyba jakieś zwierzę. Buchtuje w ziemi.
Morgan jako najodważniejszy wysunął się do przodu.
-Sprawdzimy to? - zasugerował.
Lekarka chwyciła go za rękaw.
-Tylko ostrożnie. Może być niebezpieczne.
Ustawiwszy ciężkie plecaki jeden obok drugiego, skradając się, ruszyliśmy w kierunku fioletowej trzciny. Dziwne rośliny tworzyły pas o szerokości trzydziestu, czterdziestu metrów, dalej rozpościerała się, zalana promieniami dwóch słońc olbrzymia polana.
Powoli zbliżaliśmy się do krawędzi bujnej roślinności. Wszyscy spodziewaliśmy się całkowicie pustej przestrzeni dlatego tym większe było zaskoczenie kiedy, nagle stanęliśmy przed fragmentem jakichś ruin. To było fascynujące i intrygujące zarazem. Z gruntu wystawały mniejsze i większe kawałki ścian, tudzież schodów. Tu i ówdzie sterczały pojedyncze filary i łuki drzwiowe. Bez trudu mogliśmy rozpoznać pozostałości balkonów i przestronnych tarasów. Każdy element był bardzo prosty w budowie, a jednocześnie bogato zdobiony, wykonany z gładko oszlifowanego, kolorowego kamienia. Materiał, mimo trudnych warunków atmosferycznych i upływy czasu nie uległ erozji, nie był spękany, nie porastały go mchy, ale mimo wszystko, z tak okazałej budowli, jaką kiedyś przecież musiał być, pozostały jedynie szczątki.
Nagle stanęliśmy sparaliżowani. Prawie na nich weszliśmy. Pod jednym ze słupów znajdowała się naga dziewczyna. Piszę “dziewczyna”, bo tak mi się na początku zdawało. Była szczupła, niesłychanie zgrabna, choć dużo niższa od naszych kobiet. Jej gładka skóra lśniła różnymi odcieniami fioletu i brązu. Zdążyłem jeszcze zobaczyć, że ma cudownie wyrzeźbione usta i malutki nos, kiedy poczułem ten zapach. Był dziwny, nie, nie obrzydliwy, raczej oszałamiający, taki zwierzęcy. Nie znajdowałem żadnego porównania.
Po chwili usłyszałem niskie, bulgoczące pomruki. Zesztywniałem, nie mogłem wykonać najmniejszego ruchu. Dopiero teraz dotarło do mnie, dlaczego wcześniej go nie zauważyliśmy. Był, jak mroczny cień, doskonale wpasowany w tropikalny las. Na dodatek był niesłychanie wielki, tak wielki, że stojąc niecałe dwa metry od niego widziałem, zaledwie, połowę jego cielska.
Wlepiłem wzrok w stalowoczarne, grubsze niż moja klatka piersiowa, ramię i oniemiałem z wrażenia. W jednej chwili wpadłem w jakiś dziwny trans. Czułem się, jak mały królik wrzucony do klatki tygrysa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz