36. Kanon piękna.
Samica miała proste, fioletowe włosy i spiczaste uszy, a z jej lekko uchylonych, ust wystawały niewielkie, ale ostre kły. Mimo to, na Ziemi, jej twarz mogłaby uchodzić za kanon piękna.
Bez dwóch zdań obie istoty były humanoidami, jednak nie byli to ludzie. Chociaż, w stosunku do samej samicy, to wrażenie mogło być nieco mylące. Stała na wysokim stopniu pod jednym z kamiennych filarów, z mocno wygiętymi plecami i, za wszelką cenę, starała się objąć ramionami granitowe bloki.
Samiec, mimo iż znajdowała się na dużym podwyższeniu, musiał się nad nią pochylać. Jego wielka, jak łopata, dłoń wsuwała się między jej drobne pośladki. Palcem wskazującym, dużo grubszym od mojego fiuta w zwodzie, masował jej cipkę. Swoją wielką, ziemistą gębą zasłaniał połowę jej twarzy i sapał coś do ucha.
Przechyliła głowę do góry i odpowiedziała cichym pojękiwaniem. Mimo ogromnej różnicy wielkości i siły zdawali się tworzyć jakiś nierozerwalny tandem.
-Homobugalaris, - dotarł do mnie ledwie słyszalny głos Cristi.
-Co? - szepnąłem, ostrożnie odwracając głowę.
-Homobugalaris podczas godów, nie sądziłam, że coś takiego zobaczę, - jęknęła z przejęciem.
Mój wzrok natychmiast powrócił do istot znajdujących się przede mną. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na ogromnego penisa samca. Był tak wielki i sękaty, że początkowo wziąłem go za konar wystający spomiędzy jego nóg. Byłem w stu procentach przekonany, że gdy dojdzie do kontaktu, zrobi jej krzywdę. Moje dotychczasowe doświadczenie mówiło mi, że to nie mogło skończyć się dobrze.
W tej samej chwili, na swoim ramieniu, poczułem dłoń Morgana. Spojrzałem na niego. Skinieniem brody pokazał, że powoli mam się wycofać. Ostrożnie, krok po kroku zmieniałem swoją pozycję i jak robot podążałem z resztą grupy. Moje nogi jeszcze były miękkie.
Na szczęście, napotkane przez nas istoty były tylko prymitywnymi zwierzętami. Swoją drogą, do dziś dnia, a minęło już tyle lat, trudno mi je tak traktować. Wyglądały tak inteligentnie. Mimo różnic były bardzo podobne do nas ludzi. Zresztą nie tylko ja mam takie zdanie. Nieprzerwanie przez całą dekadę toczy się na ten temat naukowa dysputa. Poza tym, w tamtej chwili były zbyt zainteresowane sobą nawzajem, by spostrzec naszą obecność. W sumie może to i dobrze. Nie wiadomo jak mogłoby się to skończyć.
Nieco w prawo znajdował się fragment schodów zwieńczony niewielkim podestem. Wspięliśmy się na niego i położyliśmy tak, że z dołu nie byliśmy widoczni, a przynajmniej tak nam się zdawało.
Ze zdumieniem i satysfakcją obserwowaliśmy kopulującą parę. Samica miała proste, fioletowe włosy i spiczaste uszy, a z jej lekko uchylonych, ust wystawały niewielkie, ale ostre kły. Mimo to, na Ziemi, jej twarz mogłaby uchodzić za kanon piękna. Przywarła biustem do zimnej skały szeroko rozstawiając nogi i wypięła w stronę ogromnego samca swój zgrabny tyłeczek. Nawet gdyby była wyprostowana, czubkiem głowy sięgałaby zaledwie do połowy jego wysokości. Uniósł ją do góry i, po prostu, wsadził na swój korzeń.
-Iiiiiiiiijaaaaach! - rozległo się ciche przeciągłe westchnienie.
Zawisła. Nie mogliśmy dostrzec, jak głęboko w nią wszedł. Podtrzymywał ją tylko jedną ręką. Przerażał mnie, nie przypominał człowieka. Jego stopy były nogami słonia, a toporny, gruby tors zdawał się być wyciosany z tego samego, co budowla, kamienia.
Odwrócili się i dopiero teraz mogliśmy dostrzec, że zakotwiczył w niej zaledwie fragmentem swojego długiego kutasa.
Chwycił ją w pół. Jego paluchy bez trudu zawinęły się wokół jej wąskiej talii. W jego uścisku wyglądała jak mała popsuta zabawka. Powoli, ale systematycznie wbijał się w nią coraz głębiej.
-Eeeee, eeeee, eeeee! - pojękiwała za każdym pchnięciem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz