Szukaj na tym blogu

27 czerwca 2026

Zapach rozkoszy

        91. Już nie będzie udawać


        I właśnie wtedy, kiedy była już pewna, że to się stanie – że zaraz usłyszy suwak jego spodni, że poczuje twardy, gorący kształt napierający na jej pośladki, że wepchnie się w nią jednym brutalnym pchnięciem i zabierze jej resztki godności razem z ostatnim oddechem – on po prostu zniknął.
        Nie było żadnego ostrzeżenia.
        Żadnego kroku oddalającego się po betonie.
        Żadnego szelestu ubrania, westchnienia, nawet cienia, który mógłby zdradzić ruch.
        Ciało wciąż pamiętało jego ciepło na karku, zapach skóry zmieszany z czymś ostrym, męskim, a nagle – pustka. Jakby powietrze wokół niego zwinęło się w siebie i zabrało go ze sobą.
        Cisza, która została, była inna niż wcześniejsza.
        Nie groźna. Nie napięta. Martwa.
        Taka cisza, w której słychać tylko krew dudniącą w uszach i własny oddech, który nagle brzmi obco, jak sapanie kogoś obcego. Serce zrobiło jeden potężny skok – i na moment się zatrzymało. Dosłownie. Jakby ktoś wyciągnął wtyczkę.
        Była sama.
        Znów sama w tych ruinach, w kompletnej czerni, z majtkami przesiąkniętymi własnym sokiem, ze spodniami wciąż zwisającymi na kostkach, z piersiami ciężkimi od niewypowiedzianego napięcia i z cipką, która pulsowała boleśnie, daremnie, jakby wciąż czekała na palce, język, kutasa – na cokolwiek.
        Czuła się jak ktoś, komu tuż przed orgazmem wyrwano źródło przyjemności.
        Rozpalona do białości.
        Mokra.
        Rozdygotana.
        I nagle – porzucona.
        Rozczarowanie uderzyło tak mocno, że aż zgięło ją w pół.
        Fizyczny ból pod mostkiem, mdłości w gardle, skurcz w podbrzuszu – nie z podniecenia, tylko z nagłej, okrutnej pustki.
        Jakby ktoś wlał jej do żył lodowatą wodę, kiedy cała płonęła.
        „Co to, kurwa, było?” – pomyślała, a myśl ta zabrzmiała w głowie jak krzyk.
        „Przyszedł. Rozebrał mnie. Rozpalił mnie do granic wytrzymałości. A potem… po prostu odszedł? Zostawił mnie tu jak używaną szmatę?”
        – Kinga, ty głupia, jebana suko – wysyczała sama do siebie. Głos drżał, załamywał się na wysokich tonach, brzmiał obco, jakby należała do kogoś, kto właśnie przegrywa walkę o resztki dumy. – Wracaj do domu. Natychmiast. Wracaj, zanim zrobisz coś jeszcze głupszego.
        Ale nogi nie chciały się ruszyć.
        Stały w miejscu, jakby przyklejone do betonu.
        Uda śliskie od jej własnego pożądania.
        Majteczki tak mokre, że czuła, jak materiał lepi się do warg sromowych przy każdym najmniejszym drgnięciu.
        Łechtaczka nabrzmiała, obolała, pulsująca – i nikt, absolutnie nikt nie zamierzał jej dotknąć.
        To bolało.
        Nie podniecenie już bolało – tylko jego brak.
        Nagła, zimna, świadoma obojętność, którą jej zafundował, była gorsza niż najgorszy gwałt. Bo gwałt miałby przynajmniej zakończenie. Miałby finał.
        A to… to było zawieszenie w nieskończoności.
        Najokrutniejsza tortura, jaką można zadać kobiecie, która właśnie oddała się cała.
        W końcu – bardzo powoli – schyliła się.
        Palce, wciąż drżące, namacały materiał spodni.
        Podciągnęła go centymetr po centymetrze, jakby każdy ruch był aktem kapitulacji przed samą sobą.
        Guzik wpiął się w dziurkę dopiero za trzecim razem – tak bardzo trzęsły jej się ręce.
        Kiedy w końcu stanęła prosto, poczuła, jak mokra koronka wciska się między pośladki, jak soki wciąż spływają powoli po wewnętrznej stronie ud.
        Ciało nie chciało przestać.
        Ciało wciąż pamiętało jego dotyk, jego zapach, jego głos.
        Ciało zdradzało ją dalej – nawet teraz, kiedy on już dawno przestał istnieć w tym pomieszczeniu.
        Ruszyła przed siebie.
        Krok.
        Drugi.
        Trzeci.
        Po omacku, z wyciągniętymi rękami, sunąc dłońmi po zimnej, wilgotnej ścianie.
        Każdy krok bolał trochę bardziej – nie fizycznie, tylko gdzieś głębiej, w miejscu, którego nie da się nazwać.
        Coś w niej pękło tej nocy.
        Nie głośno. Nie dramatycznie.
        Cicho, nieodwracalnie.
Jak cienka błona, która trzymała jeszcze resztki starej Kingi – policjantki, twardej baby, kobiety, która zawsze miała kontrolę.
        Teraz ta błona leżała w strzępach na betonie ruin.
        A ona szła dalej – w ciemności, z mokrymi udami, z piersiami bolącymi od niewykorzystanego napięcia, z sercem, które biło wolno i ciężko, jakby chciało się zatrzymać na zawsze.
        I z jedną myślą, która nie dawała jej spokoju, która paliła mocniej niż pożądanie:
        On wróci.
        Wcześniej czy później.
        I następnym razem nie odejdzie tak po prostu.
        Bo ona już nie będzie udawać, że tego nie chce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Anioł w białym garniturze

          4. Kiedy o niej myślę           Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w...