88. Zrozumiała, że przegrała
Coś się nie zgadzało. Nie potrafiła tego nazwać, nie umiała wskazać palcem, ale czuła to w sobie – powietrze w pomieszczeniu nagle stało się inne. Gęstsze. Cięższe. Jakby ktoś wlał do niego syrop z miodu i rtęci jednocześnie. Bicie własnego serca dudniło jej w uszach tak głośno, że zagłuszało wszystko inne – nawet odległy szum obwodnicy, nawet wiatr, który jeszcze przed chwilą szeleścił liśćmi w rozbitych oknach, nagle ucichł, jakby ktoś jednym ruchem zakręcił kran z dźwiękiem.
– Nie ruszaj się.
Głos rozległ się tuż za jej plecami. Bardzo blisko. Tak blisko, że ciepło jego oddechu musnęło kark, a drobne włoski na skórze stanęły dęba. To nie był krzyk, nie groźba wykrzyczana na całą klatkę schodową. To był cichy, spokojny szept – ledwie słyszalny, a jednocześnie tak absolutnie stanowczy, że ciało zareagowało szybciej niż umysł. Zamarła. Palec wciąż leżał na spuście, ale broń w dłoni nagle wydała się bezużyteczna, jakby ktoś odciął jej połączenie z rzeczywistością. Metal stał się obcy, zimny, martwy.
On był tutaj. Tuż za nią.
Bała się – oczywiście, że się bała. Zimny pot spływał jej po plecach pod mokrym T-shirtem, nogi uginały się lekko w kolanach, mięśnie drżały drobnymi, niepowstrzymanymi falami. A jednak pod tym strachem, głębiej, w samym rdzeniu, narastało coś zupełnie innego. Coś gorącego, pulsującego, nieposkromionego. Podniecenie. Czyste, zwierzęce, wstydliwe podniecenie, które rozlewało się od podbrzusza w górę kręgosłupa, do sutków, do karku, do czubka głowy.
„Skurwysyn” – pomyślała z dziwną, triumfalną złością. „Wreszcie jest. Nie chowa się już jak szczur. Stanął do walki”.
Tyle że w tej walce nie miała najmniejszych szans i doskonale o tym wiedziała.
Stała nieruchomo, z latarką wciąż wycelowaną przed siebie – snop światła drżał minimalnie w jej dłoni, zdradzając przyspieszony oddech. Czuła jego obecność za plecami jak fizyczną masę – ciężką, ciepłą, niebezpieczną. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że jest wyższy, szerszy w ramionach, że jego ciało wypełnia przestrzeń tuż za nią. Czuła zapach – mieszankę potu, dymu papierosowego i czegoś metalicznego, może krwi, może rdzy z tych ruin, ale przede wszystkim ten inny, głęboki, pierwotny aromat, który już raz poczuła w opowieściach: wanilia zmieszana z mokrą ziemią po burzy, piżmo, ciepło skóry, coś słodko-palącego, co wdzierało się pod skórę i budziło wszystko, co uśpione.
Czekała.
Nie na to, co zrobi.
Czekała na to, co sama zrobi, kiedy on zrobi pierwszy ruch.
Cisza była tak gęsta, że słyszała własny puls w uszach – szybki, nierówny, jakby serce chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Czuła, jak wilgoć spływa po wewnętrznej stronie ud – ciepła, lepka, natarczywa – służbowe spodnie przylegały do skóry jak druga, mokra warstwa. Sutki bolały od napięcia, ocierały się o materiał bluzy przy każdym płytkim wdechu. Oddech stawał się chrapliwy, urywany, jakby płuca nie chciały przyjąć zwykłego powietrza, tylko tego, które on wydychał za jej plecami.
Wtedy poczuła to.
Jego dłoń – ciepła, pewna, spokojna – dotknęła jej karku. Nie mocno. Nie brutalnie. Tylko opuszkami palców – kciuk i wskazujący – dokładnie w tym miejscu, gdzie tętnica pulsuje najmocniej. Poczuła, jak kontroluje jej oddech swoim własnym. Jak palce delikatnie zaciskają się, synchronizując się z rytmem jej serca. Jak ciepło jego skóry przenika przez jej skórę, rozlewa się po karku, po ramionach, po całym ciele.
I w tej chwili zrozumiała, że przegrała.
Nie dlatego, że on był silniejszy.
Dlatego, że ona już nie chciała walczyć.
Ciało zareagowało samo – cipka zacisnęła się gwałtownie, wilgoć trysnęła lekko, sutki zapiekły, skóra pokryła się gęsią skórką, oddech stał się wysoki, urywany, prawie jęk.
Nie odwróciła się. Nie musiała. Wiedziała, że on jest tuż za nią. I że zaraz ją weźmie. I że ona mu na to pozwoli. I że będzie błagać o więcej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz