Szukaj na tym blogu

21 czerwca 2026

Zapach rozkoszy

85. Ciekawość była silniejsza niż strach


Clara i Zuza – koleżanki Jacka, dziewczyny, które tak okrutnie i bezwzględnie wykorzystał – stały się żywym dowodem, że to nie są żarty. Że w pogoni za niebiańskim orgazmem można stracić coś o wiele cenniejszego niż ciało. Można stracić duszę. Obie zniknęły z radaru znajomych w ciągu kilku miesięcy po spotkaniu z nim. Clara przestała odbierać telefony, Zuza wyprowadziła się z miasta bez słowa wyjaśnienia. Ich profile na portalach społecznościowych zamarły – ostatnie zdjęcia uśmiechnięte, oczy błyszczące, jakby jeszcze wierzyły, że kontrolują sytuację. Potem cisza. Tylko szepty wśród dawnych przyjaciół: „Ona już nie jest sobą”, „Ona już nie jest w ogóle”.
Ale czy w tej chwili jakiekolwiek argumenty były w stanie ją zatrzymać?
Może już dawno było za późno.
Być może wiedziała o tym doskonale. Być może od pierwszej opowieści, od pierwszego zapachu, który poczuła w słowach innych kobiet, od pierwszego mrowienia między udami na samą myśl o nim – już była stracona. Może to właśnie pewność porażki pchała ją naprzód najmocniej. Pragnienie skonfrontowania się z najciemniejszymi, najbardziej wstydliwymi warstwami własnej żądzy. Chciała zobaczyć, jak daleko może zajść. Chciała poczuć, jak pęka – nie od razu, nie gwałtownie, tylko powoli, centymetr po centymetrze, aż nie zostanie nic z tej twardej, zdyscyplinowanej policjantki, którą udawała przed światem i przed samą sobą.
Czuła, jak podniecenie narasta w niej falami – gorące, lepkie, nie do opanowania. Sutki stwardniały jeszcze bardziej pod bluzą tak mocno, że każdy oddech powodował ból, jakby ktoś delikatnie, ale bezlitośnie je szczypał. Pizdeczka pulsowała rytmicznie, wilgoć przesiąkała przez majtki, ciepła i gęsta, materiał wślizgnął się głębiej w szparkę, drażniąc łechtaczkę przy każdym kroku. Uda drżały lekko, mięśnie brzucha falowały, skóra na całym ciele pokryła się subtelną, palącą warstwą potu. Zapach własnego podniecenia mieszał się z wonią nagrzanego asfaltu, odległego dymu i ozonu wiszącego w powietrzu przed burzą.
Każdy krok był jak poddanie się – wolniejsze, cięższe, bardziej świadome. Serce dudniło w uszach, oddech stawał się płytki, chrapliwy, jakby płuca nie chciały przyjąć zwykłego powietrza, tylko tego, które on zostawił w okolicy – ciężkiego, miodowo-palącego, metalicznego. Czuła go już teraz, choć jeszcze go nie widziała. Czuła, jak powietrze gęstnieje, jak zapach piżma i wanilii wdziera się w nozdrza, osiada na języku, budzi mrowienie w całym ciele – w sutkach, w łechtaczce, w opuszkach palców, w podbrzuszu.
Wiedziała, że powinna zawrócić, że powinna wezwać wsparcie. Wiedziała, że powinna wyciągnąć broń, wycelować, krzyknąć „stój, policja”. Ale nogi niosły ją dalej. Bo głód był silniejszy niż rozum. Bo ciekawość była silniejsza niż strach. Bo pożądanie było silniejsze niż wszystko inne.
I właśnie dlatego szła – żeby sprawdzić, czy naprawdę jest taka silna, jak sobie wmawiała. Czy naprawdę potrafi się oprzeć. Czy naprawdę potrafi go zatrzymać. Czy naprawdę potrafi nie dojść – tylko od samego jego spojrzenia. A może już dawno przegrała i tylko czekała, aż on to potwierdzi.
Noc była ciepła i lepka. Powietrze gęste od wilgoci, ona szła szła dalej, prosto w mrok. W stronę tego, co czekało na nią na końcu uliczki. W stronę końca albo początku. Tego już nie wiedziała, ale czuła, że zaraz się dowie. A że kiedy się dowie – nie będzie już odwrotu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Anioł w białym garniturze

          4. Kiedy o niej myślę           Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w...