92. Na kolanach, z jego kutasem
Zła na siebie tak bardzo, że aż czuła metaliczny posmak w ustach, wróciła do radiowozu szybkim, wściekłym krokiem. Każdy ruch bioder przypominał o wilgoci, która wciąż spływała po wewnętrznej stronie ud – lepka, uparta, jakby ciało odmawiało zapomnieć. Otworzyła bagażnik jednym szarpnięciem, wyjęła nową, służbową latarkę – ciężką, aluminiową, z zimnym, białym światłem, które potrafiło przeciąć noc na pół. Trzasnęła klapą z taką siłą, że blacha jęknęła, a echo poniosło się po opuszczonej ulicy jak krzyk.
„Musisz znaleźć ten jebany Glock, Kinga” – syknęła do siebie, ruszając z powrotem w stronę ruin. „Za zgubienie służbowej broni idzie się siedzieć. Naprawdę siedzieć. Grzebiąc w gównie całą noc albo i dwie, ale znajdziesz go, bo inaczej jutro rano będziesz tłumaczyć staremu, dlaczego wróciłaś bez kabury i z miną, jakby ktoś właśnie zerżnął ci duszę.”
Weszła do budynku. Włączyła latarkę. Snop światła był ostry, niemal bolesny – przeciął ciemność jak skalpel. Uklękła, niemal położyła się na betonie. Dłońmi w rękawiczkach rozgarniała warstwy śmieci: zgniłe liście, pożółkłe gazety, stwardniałe psie kupy, odłamki szkła, kawałki plastiku, Bóg wie co jeszcze. Zapach rozkładu wdzierał się głęboko w nozdrza – mokry, słodkawy, mdlący – ale nie przerywała. Podniecenie powoli ustępowało miejsca zimnemu, twardemu pragmatyzmowi. Temu, który szeptał: bez broni nie ma raportu. Bez raportu nie ma wytłumaczenia. Bez wytłumaczenia nie ma kariery. A kariera to wszystko, co ci zostało.
„Gdzie jesteś, skurwielu…” – mruczała, przesuwając palcami po chropowatym betonie, po ostrych krawędziach gruzu. „Gdzie ten pieprzony pistolet?”
Kręgosłup zapiekł ją nagle tak mocno, że musiała się wyprostować. Oparła dłonie na krzyżu, westchnęła ciężko, zamknęła na moment oczy. I wtedy poczuła go.
Tuż za sobą.
Ramiona oplotły ją w pasie jednym, zdecydowanym ruchem – nie pytając, nie wahając się. Przyciągnął ją do siebie mocno, bezceremonialnie. Ciepło jego ciała wdarło się przez przemoczony T-shirt jak fala gorąca. Poczuła twardą ścianę jego klatki piersiowej na swoich plecach, napięte mięśnie brzucha, a niżej – przez materiał spodni – jego kutasa. Wielkiego. Twardego. Pulsującego. Napierał na jej pośladki tak wyraźnie, że nie dało się udawać, że tego nie czuje. Czuła każdy centymetr, każdy skurcz, każdy rytmiczny impuls krwi.
Zamarła.
Sekundę.
Dwie.
Potem odwróciła głowę na tyle, na ile pozwalał uścisk.
I powiedziała cicho, ale bardzo wyraźnie, głosem, który brzmiał obco nawet dla niej samej:
– No dobrze. Koniec tej zabawy. Weź mnie. Wsadź mi tego swojego grubego kutasa. Teraz. Potrzebuję go tak bardzo, że aż mnie boli.
Roześmiał się.
Nisko. Gardłowo. Z czymś pomiędzy rozbawieniem a chłodną, męską wyższością.
– Myślisz, że to takie proste, Kinga?
Jego dłonie zacisnęły się mocniej na jej biodrach – nie boleśnie, ale na tyle stanowczo, że poczuła, jak palce wbijają się w mięso przez materiał. Jakby dopiero teraz naprawdę ją zobaczył. Naprawdę potraktował poważnie.
– Tak – odparła, patrząc w ciemność tam, gdzie powinna być jego twarz. Głos jej drżał na krawędzi, ale słowa padały twardo. – Myślę, że nie będziesz miał z tym najmniejszych problemów. Myślę, że już dawno postanowiłeś, co ze mną zrobisz.
Cisza, która zapadła po jej słowach, była inna niż wszystkie wcześniejsze. Cięższa. Gęstsza. Pełna niewypowiedzianych obietnic.
Jego oddech musnął jej ucho – ciepły, powolny, świadomy.
– Masz rację – powiedział cicho, prawie czule. – Nie będę miał problemów.
Jeden z jego palców zsunął się niżej, zahaczył o pasek jej spodni, pociągnął lekko w dół – tylko na tyle, żeby przypomnieć jej, jak blisko jest krawędzi.
– Ale nie wezmę cię tak, jak prosisz.
Zamilkł na moment.
Potem dodał, głosem, który brzmiał jak ostrze owinięte aksamitem:
– Wezmę cię tak, jak naprawdę chcesz. Tak, żebyś nigdy więcej nie potrafiła udawać, że tego nie chciałaś. Że nie błagałaś o to w głębi duszy od chwili, kiedy weszłaś do tych ruin.
Poczuła, jak jego dłoń wślizguje się pod koszulkę, sunie po rozgrzanej, wilgotnej skórze brzucha, wyżej, aż do piersi. Kciuk przejechał po sutku – raz, leniwie, wystarczająco mocno, żeby nogi ugięły się pod nią.
I wtedy zrozumiała.
To nie był koniec walki.
To był dopiero jej prawdziwy początek.
Bo on nie zamierzał jej wziąć szybko. Nie zamierzał jej wziąć łatwo.
Zamierzał ją rozłożyć na części. Powoli. Bezlitośnie. Aż zostanie tylko ta część niej, która zawsze wiedziała, że tu skończy – na kolanach, z jego kutasem w sobie, z jego imieniem na ustach i z pustką w głowie, która nie da się już nigdy wypełnić niczym innym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz