81. On jest czymś innym
Kinga siedziała w kawiarni „Cicha 13” na Saskiej Kępie – lokalu ukrytym w wąskiej, niemal zapomnianej uliczce, gdzie kocimi łbami brukowano drogę, a stare latarnie gazowe ktoś niedawno przerobił na ciepłe, bursztynowe LED-y. Miejsce nie było dla turystów ani dla tych, co robią zdjęcia latte art. Tu przychodzili ludzie, którzy chcieli pić kawę w samotności albo opowiadać historie, których nikt nie chce słuchać na głos. Ściany wyłożone ciemnym drewnem pochłaniały dźwięki, regały uginały się pod pożółkłymi książkami o entomologii i feromonach, na suficie kręcił się leniwie wentylator z łopatami w kształcie liści monstery – nie chłodził, tylko mieszał powietrze, niosąc zapach świeżo mielonej kawy, starego drewna i delikatnej, ale wyraźnej nuty eteru dietylowego, jakby ktoś kiedyś prowadził tu eksperymenty, których nikt nie chciał pamiętać.
`Siedziała przy stoliku w głębi sali – plecami do ściany, nawyk nie do wykorzenienia. Filiżanka czarnej espresso stała nietknięta, powierzchnia kawy odbijała bursztynowe światło kinkietu jak ciemne, nieruchome oko. Notatnik Moleskine leżał otwarty na czystej stronie, długopis w dłoni, ale nie pisała. Patrzyła na kobietę naprzeciwko.
Dr hab. Natalia Kossakowska miała czterdzieści osiem lat. Kiedyś była jedną z najjaśniejszych gwiazd Zakładu Etologii i Ekologii Chemicznej na Wydziale Biologii UW. Dziś wyglądała na kogoś, kto przegrał wojnę z samym sobą: włosy kiedyś czarne, teraz z szerokimi siwymi pasmami, związane w niechlujny kok, oczy podkrążone, skóra ziemista, palce pożółkłe od papierosów i zaniedbanej nikotynowej plamy. Ubrana w luźną lnianą koszulę, która kiedyś była biała, a teraz jest szara, i dżinsy, które pamiętały lepsze dni. Na przegubie cienka bransoletka z koralików – pamiątka po jakiejś dawnej konferencji w Neapolu. Pachniała kawą, starym papierosem i czymś kwaśnym – alkoholem, który wypija się samotnie po północy, kiedy wspomnienia wracają najgłośniej.
– Wiem, że brzmi to jak brednie – zaczęła cicho, mieszając łyżeczką resztki zimnej kawy, metaliczny brzęk o porcelanę wypełniał ciszę między nimi. – Dlatego przestałam o tym mówić. Nikt nie chce wierzyć. Ale ty… ty masz w oczach coś innego. Widziałam to u siebie kiedyś. Zanim wszystko się zawaliło.
Kinga kiwnęła głową. Nie przerywała. Czuła, jak sutki twardnieją pod bluzą – nie od chłodu, tylko od napięcia, które rosło w powietrzu między nimi.
Natalia westchnęła, spojrzała w okno, za którym lipy uginały się pod ciężarem sierpniowej wilgoci, liście lśniły jakby pokryte olejem.
– Rok 2018. Pisałam doktorat z zakresu feromonów kontaktowych i alarmowych u błonkówek – konkretnie u gatunku Vespula germanica, czyli pospolitej osy. Interesowały mnie zwłaszcza substancje, które samce wydzielają podczas lotów godowych – mieszanka alkenów, aldehydów i estrów, które działają jak magnes na samice z odległości kilkuset metrów. Byłam wtedy w laboratorium na Wydziale Biologii UW, w starym budynku przy Miecznikowskiej. Dobrze wyposażone: chromatograf gazowy sprzężony ze spektrometrem mas, komora klimatyczna, mikroskop konfokalny, wszystko co trzeba. Miałam grant, publikacje w „Journal of Chemical Ecology”, plany na habilitację. I przyjaciółkę – Asię. Joannę Malinowską. Zoolog, specjalistka od ssaków drapieżnych. Piękna, pewna siebie, zawsze otoczona tłumem adoratorów.
Kinga słuchała w milczeniu. Dłoń na długopisie znieruchomiała, palce zacisnęły się mocniej na stalówce.
– Któregoś wieczoru piłyśmy wino u niej w mieszkaniu na Mokotowie. Asia opowiadała o facecie, którego poznała w klubie na Placu Zbawiciela. Mówiła: „Natalia, on pachnie tak… jakby ktoś wymieszał wanilię z mokrą ziemią po burzy i dodał coś zwierzęcego. Jak tylko się zbliżył, zrobiło mi się słabo między nogami. Dotknął mnie dłonią – tylko dłonią, przez materiał – i doszłam. Stojąc. Bez niczego więcej”. Śmiałam się. Myślałam, że przesadza po winie. Ale ona była śmiertelnie poważna. Powiedziała: „On nie jest człowiekiem. On jest… czymś innym”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz