Szukaj na tym blogu

23 czerwca 2026

Zapach rozkoszy

87. Przestała być policjantką


Opuściła broń. Lufa opadła w dół, ciężka i zimna, jakby stal sama postanowiła przypomnieć jej, kim naprawdę jest. Metaliczny chłód przeniknął przez palce, ale nie ugasił gorąca, które wciąż buzowało pod skórą.
„To jakiś pieprzony żart” – pomyślała, a myśl ta uderzyła ją z całą siłą, ostra i bolesna jak policzek. „Po co ja to właściwie robię? Zwariowałam. Totalnie zwariowałam. Dobra, wystarczy. Wracam, zanim naprawdę coś mi się stanie”. Westchnęła ciężko, czując, jak adrenalina powoli odpływa – zostawiając po sobie tylko lepki pot na karku, mdłe poczucie wstydu i to natarczywe, mokre tętno między udami, które nie chciało ucichnąć. „I tak już zaszłam za daleko. Za cholernie daleko”.
Właśnie w tej sekundzie, dokładnie w momencie, gdy postanowiła zawrócić, usłyszała kroki.
Powolne, wyraźne, miarowe – ktoś schodził po betonowych, rozpadających się schodach. Dźwięk dochodził z budynku po prawej stronie – starego, z odpadającą płatami farbą bramą, która kiedyś była zielona, a teraz przypominała zgniłą skórę. Każdy stopień odpowiadał niskim, głuchym stuknięciem, które odbijało się echem w pustej klatce schodowej, wdzierało się pod skórę, mieszało z biciem jej serca.
Serce znów skoczyło jej do gardła – gwałtownie, boleśnie.
„Skurwiel” – syknęła pod nosem, głosem zduszonym, chropowatym. „Bawi się ze mną”.
Zawahała się tylko przez ułamek sekundy. Potem ruszyła. Szybko, prawie biegiem. Może go jeszcze złapie. Może to ostatnia szansa. „Cholera, mogłam wziąć chociaż kamizelkę” – przemknęło jej przez głowę, gdy już przekraczała próg. „Jak ma broń… Jak ma coś ostrego przy sobie…”. Ale ciało już nie słuchało rozumu. Nogi niosły ją do przodu, biodra kołysały się w przyspieszonym rytmie, wąskie spodnie ocierały się o nabrzmiałe wargi sromowe, wilgoć spływała po udach ciepłymi, lepkimi strużkami.
Wnętrze starego domu przywitało ją zapachem wilgoci, pleśni i czegoś jeszcze – starego, zgniłego drewna, kurzu, który osiadał na języku, i odległego, słodkawego rozkładu, jakby gdzieś w środku gnijące resztki życia wciąż wydzielały ostatnie tchnienie. Od lat nikt tu nie mieszkał. Na podłodze leżały butwiejące liście, przyniesione przez wiatr przez rozbite okna, w kącie stały spleśniałe meble – resztki kanapy z wystającymi sprężynami, przewrócony stolik, fragmenty gazet sprzed kilkunastu lat, pożółkłe, pokryte kurzem i pajęczynami.
Latarka. Cholera, latarka!
Wyciągnęła ją z kieszeni spodni jak zbawienie. Palec znalazł włącznik. Klik. Jasny, ostry snop światła przeciął ciemność – zimny, biały, niemal chirurgiczny. Lepiej. Dużo lepiej. Omioła promieniem pomieszczenie – korytarz w głębi, schody skręcające w prawo, otwarte drzwi do dawnego pokoju. Żadnego ruchu. Żadnego cienia. Tylko kurz wirujący w świetle jak drobny śnieg.
„Kurwa, gdzie on jest?” – wyszeptała, bardziej do siebie niż do kogokolwiek. „Duch jakiś, czy co?”
Snop światła drżał lekko w jej dłoni – nie od strachu, a od przyspieszonego oddechu. Oddychała płytko, szybko, chrapliwie. Kroki ucichły. Albo przestał schodzić. Albo… stał gdzieś blisko. Czekał.
Cisza w tym domu była inna niż na ulicy – gęstsza, jakby pochłaniała dźwięki, zanim zdążyły się rozprzestrzenić. W tej ciszy Kinga nagle zrozumiała, że nie ma już odwrotu. Nie dlatego, że nie mogła zawrócić. Dlatego, że jakaś część niej nie chciała. Ta część, która czuła wilgoć między udami, która czuła pulsowanie łechtaczki, która czuła ból sutków ocierających się o materiał. Ta część, która już dawno przestała być policjantką.
Była tylko kobietą. Kobietą, która przyszła tu po coś więcej niż aresztowanie. I ta myśl sprawiła, że jej pizdeczka zacisnęła się boleśnie, wilgoć kapała na podłogę z cichym, obscenicznie intymnym plaśnięciem. Snop latarki drżał coraz mocniej, a ona stała w miejscu. Czekała. Wiedziała, że on już tu jest, że zaraz się pokaże. A że kiedy się pokaże, nie będzie już odwrotu. Nie będzie twardej policjantki. Będzie tylko Kinga i on.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Anioł w białym garniturze

          4. Kiedy o niej myślę           Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w...