Szukaj na tym blogu

20 czerwca 2026

Zapach rozkoszy

84. On był blisko


Środek gorącej, dusznej nocy zapadł nagle, jakby ktoś zgasił ostatnią latarnię na obrzeżach Warszawy. Dzielnica, do której mało kto zapuszczał się nawet za dnia, teraz wyglądała jak czarny labirynt zapomnienia. Wąska, boczna uliczka brukowana kocimi łbami tonęła w półmroku – popękany chodnik zasłany puszkami po piwie, odłamkami butelek po wódce i zwiędłymi liśćmi, które wiatr gonił leniwie po bruku. Opuszczone budynki straszyły czarnymi dziurami okien bez szyb, dzikie krzewy i pokrzywy wciskały się między płyty betonu, a nad wszystkim wisiał gęsty, lepki zapach mokrego asfaltu, starego moczu i odległego dymu z palonych opon. Słabe latarnie uliczne dawały żółtawe, chore światło, które bardziej tworzyło cienie niż je rozpraszało – cienie długie, ruchliwe, jakby coś się w nich czaiło. Gdzieś daleko pies żałośnie wył, a w tle dudnił monotonny, nigdy nie milknący szum samochodów z obwodnicy – niski, basowy pomruk, który wdzierał się pod skórę.
Kinga znalazła się tam, bo wiedziała, że on też tam będzie. Nie zdołała się oprzeć – choć rozum krzyczał, żeby zawrócić, ciało szło naprzód. Radiowóz zostawiła daleko, kilkaset metrów wcześniej, za rogiem ostatniego bloku z wielkiej płyty – nie chciała go spłoszyć. Przyjechała tu sama. Serce waliło jak oszalałe, ale nogi niosły dalej, bez wsparcia, bez kamizelki, bez kolegi z patrolu. Złamała wszystkie zasady, które sama wbijała do głowy młodszym funkcjonariuszom: nigdy nie wchodź w ciemny zaułek sam, zwłaszcza gdy wiesz, że na drugim końcu czeka ktoś naprawdę niebezpieczny.
Ona o tym wiedziała. I mimo to poszła.
Za wszelką cenę chciała go zatrzymać. Do wyjaśnienia. Na razie nie miała twardych podstaw, żadnego paragrafu, który mogłaby mu bezkarnie odczytać. Ale czy naprawdę zamierzała go aresztować? Czy to nie stało się tylko pretekstem – cienką, kruchą wymówką, żeby znaleźć się z nim sam na sam w czterech ścianach, choćby to była sala przesłuchań albo ta cholerna uliczka? Może w głębi duszy planowała coś innego – zamknąć go, mieć nad nim kontrolę choć przez kilka godzin, pokazać mu, że ona jest inna, że jego feromony, jego zwierzęcy uśmiech, jego prymitywne sztuczki nie działają na nią tak, jak na inne. A może szła tam, żeby się ostatecznie sprawdzić. Stanąć na samej krawędzi prawdziwego zagrożenia. Poczuć, jak przegrywa. Sromotnie, całkowicie, bez resztek godności.
I właśnie dlatego szła tą brukowaną uliczką w środku nocy, sama, z bronią w kaburze, której – być może – i tak nie zdąży użyć.
Każdy krok odbijał się echem w jej ciele. Buty stukały o nierówny bruk, serce dudniło w uszach, oddech przyspieszał. Między udami czuła znajome, gorące tętno – cipka pulsowała leniwie, wilgoć przesiąkała majtki, ciepła i lepka, materiał wślizgnął się głębiej w szparę, drażniąc łechtaczkę przy każdym ruchu bioder. Sutki stwardniały pod bluzą, ocierały się o bawełnę, wysyłając palące impulsy w dół brzucha. Skóra na całym ciele płonęła subtelnym, wewnętrznym żarem – jakby już czuła jego zapach, zanim jeszcze go zobaczyła.
Wiedziała, że to szaleństwo. Wiedziała, że powinna zawrócić, ale nogi niosły ją dalej, bo głód, który w niej narastał od tygodni, od miesięcy, od chwili, kiedy usłyszała pierwsze szepty o nim, nie dał się już zagłuszyć.
On był blisko. Czuła to w kościach. Czuła to w cipce, która zaciskała się rytmicznie na pustce, domagając się wypełnienia. Czuła to w sutkach, które bolały od napięcia. Czuła to w oddechu, który stawał się płytki, szybki, chrapliwy. I właśnie dlatego szła – żeby sprawdzić, czy naprawdę jest taka silna, jak sobie wmawiała. Czy naprawdę potrafi się oprzeć. Czy naprawdę potrafi go zatrzymać. Czy naprawdę potrafi nie dojść – tylko od samego jego spojrzenia. A może już dawno przegrała i tylko czekała, aż on to potwierdzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Anioł w białym garniturze

          4. Kiedy o niej myślę           Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w...