Szukaj na tym blogu

26 czerwca 2026

Zapach rozkoszy

90. Jednak nie uciekasz


Jego palce dotarły do guzika jej spodni tak naturalnie, jakby rozpinanie cudzej odzieży było dla niego codziennym rytuałem. Jeden leniwy, pewny ruch kciukiem i palcem wskazującym – i już. Metalowy guzik wyskoczył z dziurki z cichym puknięciem, które w tej ciszy zabrzmiało jak wystrzał startera.
Materiał bojówek zsunął się w dół z miękkim, kapitulacyjnym szelestem. Opadł na kostki, tworząc wokół jej stóp ciemną, pomarszczoną kałużę. Została w samych majtkach – i w tej chwili uświadomiła sobie z palącą ostrością, że nie są to byle jakie majtki.
Czerwona koronka. Cienka jak pajęczyna. Wyzywająca. Taka, którą zakłada się rano z lekkim dreszczem wstydu i podniecenia, bo gdzieś w głębi duszy już wtedy wie się, że ktoś może je zobaczyć. Albo zdjąć. Albo rozerwać.
„O kurwa… po co ja to włożyłam?” – myśl uderzyła ją jak policzek.
A zaraz za nią druga, jeszcze gorsza:
„Bo chciałaś. Bo wiedziałaś, że możesz tu skończyć dokładnie tak. Na kolanach, bez spodni, z cipką ociekającą przez koronkę. Ty pieprzona dziwko, Kinga.”
To słowo – dziwko – zamiast ją otrzeźwić, tylko dolało benzyny do już płonącego ogniska. Poczuła, jak podbrzusze ściska się w bolesnym skurczu rozkoszy. Sutki stwardniały tak mocno, że niemal bolały pod bawełnianą koszulką. A między udami… tam działo się coś nie do opanowania.
Gorąco. Wilgoć. Pulsowanie. Czuła, jak soki spływają powoli po wewnętrznej stronie ud – lepkie, gorące strużki, które zdradzały ją na każdym kroku. Majtki przylegały do warg sromowych jak druga skóra, mokre, obcisłe, podkreślające każdy kształt. Łechtaczka nabrzmiała, boleśnie wrażliwa, ocierała się o koronkę przy każdym najmniejszym drgnięciu bioder.
Serce waliło jej w klatce piersiowej jak oszalały taran. Czuła je w gardle, w skroniach, w opuszkach palców, w samej cipce – jakby cały organizm zamienił się w jeden wielki, rozdygotany rytm.
Nie miała już broni.
Nie miała latarki.
Nie miała spodni.
Nie miała nawet tej resztki dumy, którą jeszcze pięć minut temu próbowała się osłaniać jak tarczą.
Była tylko ona – stojąca w absolutnej ciemności, w czerwonych koronkowych stringach przesiąkniętych własnym pożądaniem, z nogami miękkimi jak wosk i oddechem rwącym się w krótkich, cichych sapnięciach.
I on.
Tuż za nią.
Nie dotykał jej już nigdzie poza talią – jedną dłonią obejmował ją lekko, prawie czule, jakby chciał przypomnieć: wciąż mogę cię puścić. Wciąż możesz spróbować uciec.
Ale oboje wiedzieli, że nie ucieknie.
Jego oddech musnął jej ucho – ciepły, powolny, świadomy.
– Powiedz mi, Kinga… – głos miał niski, lekko zachrypnięty, jakby dopiero co skończył ją lizać. – Przyszłaś tu naprawdę po to, żeby mnie aresztować?
Zamilkła. Nie dlatego, że nie miała odpowiedzi. Dlatego, że bała się, jaka ta odpowiedź będzie brzmiała na głos.
Jego palce zsunęły się niżej, sunęły po biodrze, zatrzymały się tuż nad gumką majtek. Nie wślizgnęły się pod materiał. Jeszcze nie. Tylko drażniły skórę tuż nad linią włosów łonowych – tam, gdzie skóra była najbardziej wrażliwa, najbardziej głodna.
– Mogę przestać – powiedział cicho, prawie łagodnie. – Mogę podnieść ci spodnie. Mogę nawet odprowadzić cię do wyjścia. Wystarczy, że powiesz „dość”.
Kłamstwo.
Oboje wiedzieli, że to kłamstwo.
Bo ona już nie chciała „dość”.
Chciała więcej.
Chciała, żeby ją dotknął. Żeby wsunął palce pod koronkę i odkrył, jak bardzo jest mokra. Żeby przycisnął ją do zimnej ściany i wziął od tyłu – mocno, bez ceregieli, tak jak bierze się kogoś, kto sam się prosi o zgwałcenie w ciemności.
Chciała usłyszeć, jak on to powie.
Chciała to poczuć.
Więc zamiast powiedzieć „dość”, zrobiła coś znacznie gorszego.
Lekko rozstawiła stopy.
Tylko odrobinę.
Ale wystarczająco, żeby zrozumiał.
Jego dłoń znieruchomiała na moment.
Potem usłyszała cichy, męski, bardzo zadowolony pomruk tuż przy jej karku.
– No proszę… – szepnął. – Jednak nie uciekasz.
I wtedy dopiero zaczął ją naprawdę dotykać.
Powoli.
Bezlitośnie.
Dokładnie tak, jak na to czekała od chwili, kiedy weszła do tych ruin.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Anioł w białym garniturze

          4. Kiedy o niej myślę           Stałem z kompotem w ręku i nagle zrozumiałem, że muszę tam usiąść. Że to jedyne rozsądne miejsce w...