89. Czuła się jak zdobycz
Odgłos, który znała na wylot – ostry, metaliczny brzęk klamry sprzączki i ten charakterystyczny, ciężki stuk pasa z kaburą o udo – rozległ się tuż za jej karkiem, tak blisko, że aż poczuła ruch powietrza. Pas runął na beton z wilgotnym, mięsistym plaśnięciem, jakby ktoś rzucił rękawicę prosto w twarz nocy.
„Jak on to, kurwa, zrobił?” – pytanie eksplodowało w jej głowie, zanim zdążyła je sformułować do końca. Serce waliło jej w mostek jak pięść w drzwi, które zaraz runą.
Jego dłoń zamknęła się na jej prawej ręce. Nie szarpnął. Nie wyrwał. Po prostu oplatał jej palce swoimi – ciepłymi, pewnymi, zaskakująco delikatnymi, jakby chciał ją uspokoić, a nie rozbroić. Płynnym, niemal leniwym ruchem wyślizgnął glocka z jej uścisku. Nie walczyła. Nawet nie drgnęła. Oddała broń tak posłusznie, jakby jej ciało od dawna już wiedziało, co naprawdę chce.
Pistolet poleciał w bok – szeroki, nonszalancki łuk. Uderzył o beton z metalicznym jękiem, potem sunął, sunął, sunął, aż w końcu zamilkł gdzieś wśród gruzu, szkła i zapomnianych kabli. W kompletnej ciemności nie miała szansy go odnaleźć. Nawet gdyby rzuciła się na kolana i zaczęła macać jak ślepa. Nawet gdyby błagała.
Latarka zniknęła z jej lewej dłoni równie cicho i naturalnie. Palec przesunął się po włączniku. Krótkie, suche klik. Snop światła zgasł jak zdmuchnięta świeca.
Ciemność runęła na nią całym ciężarem. Absolutna. Gęsta. Taka, w której nie widać nawet konturu własnych palców, w której oddech brzmi jak krzyk, a bicie serca – jak werble przed egzekucją.
I wtedy przyszło to drugie.
Gorąco.
Nie delikatne rumieńce, nie subtelne mrowienie – tylko nagły, brutalny przypływ krwi, który rozlał się od podbrzusza w górę i w dół jednocześnie. Piersi nagle stały się ciężkie, sutki twardniały boleśnie pod materiałem koszulki taksowanej, uda same się zacisnęły, jakby chciały uwięzić to pulsujące ciepło między sobą. Łechtaczka drgnęła raz, drugi, trzeci – sama z siebie, bez dotyku, bez powodu, po prostu wiedząc, że on jest blisko.
„Co ja robię…” – pomyślała, ale słowa w głowie brzmiały już inaczej. Nie jak wyrzut sumienia. Bardziej jak westchnienie ulgi.
Jego feromony owionęły ją dopiero teraz – ciepłe, ciężkie, trochę jak zapach rozgrzanego bursztynu zmieszany z czymś dzikim, zwierzęcym. Ale nie były przytłaczające. Nie dusiły. Wręcz przeciwnie – drażniły, kusiły, zostawiały przestrzeń. Jakby specjalnie je wyciszył. Jakby chciał zobaczyć, ile z tego, co się z nią dzieje, jest naprawdę jego zasługą, a ile jej własną, głodną zdradą.
Bo najbardziej przerażająca nie była jego bliskość.
Najbardziej przerażająca była ona sama.
Ta część niej, która nie chciała uciekać. Która nie chciała krzyczeć. Która chciała, żeby ją dotknął. Żeby ją przycisnął. Żeby ją wziął – mocno, bez pytania, bez litości. Ta część, która już dawno przestała udawać, że przyszła tu tylko po to, żeby go skuć i zawlec do celi.
Czuła, jak jego oddech muska jej kark – powolny, głęboki, świadomy. Nie spieszył się. Nie musiał.
– Myślałaś, że mnie zaskoczysz? – głos miał niski, lekko zachrypnięty, jakby dopiero co palił papierosa albo właśnie skończył ją pieprzyć w myślach.
Milczała. Nie dlatego, że bała się odpowiedzieć. Dlatego, że bała się, co mogłoby jej wyjść z ust, gdyby otworzyła usta.
Jego palce – te same, które przed chwilą rozbroiły ją bez wysiłku – teraz sunęły powoli wzdłuż jej ramienia. Najpierw zewnętrzna strona bicepsu, potem delikatna skóra po wewnętrznej stronie łokcia. Zatrzymały się na chwilę w zagłębieniu, gdzie puls bił jak oszalały ptak. Poczuła, jak kciuk zatacza tam małe, leniwe kółka.
– Mogę cię teraz puścić – powiedział cicho, prawie czule. – Możesz pobiec. Wezwać pomoc. Szukać tego glocka po omacku. Albo…
Zamilkł.
Nie dokończył.
Nie musiał.
Bo ona już wiedziała.
Wiedziała, że nie pobiegnie.
Wiedziała, że nie będzie krzyczeć.
Wiedziała, że zaraz ugnie się pod nim jak trzcina na wietrze – i że zrobi to z uśmiechem, którego sama się wstydzi.
Jego dłoń zsunęła się niżej, objęła jej talię – nie mocno, jeszcze nie – ale wystarczająco, żeby poczuła, jak bardzo jest większy, jak bardzo ją otacza. Jak bardzo może ją złamać, jeśli tylko zechce.
A ona stała w tej ciemności – bezbronna, rozpalona, mokra między udami, z oddechem rwącym się w krótkich, cichych sapnięciach – i po raz pierwszy od bardzo dawna nie czuła się jak policjantka.
Czuła się jak zdobycz.
Która właśnie postanowiła, że chce zostać pożarta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz