86. To, co ona pozwoli mu zrobić
Wąska uliczka kończyła się ślepą, omszałą ścianą – jakby miasto samo postanowiło zamknąć tę drogę przed światem. Dalej tylko przewrócone kontenery na śmieci, zardzewiały szkielet trzepaka, który wyglądał jak szkielet jakiegoś dawno zapomnianego zwierzęcia, i sterty gnijących worków foliowych, z których wydobywał się słodkawy, mdlący zapach rozkładu zmieszany z resztkami starego oleju i moczu. Kot wyskoczył z cienia z przeraźliwym, rozdzierającym miauknięciem – czarna sylwetka mignęła w powietrzu jak przecięcie nożem – i zniknął w zaroślach pokrzyw i czarnego bzu. Echo jego krzyku odbiło się od ścian i zamarło gdzieś wysoko, w czarnym otworze okna na pierwszym piętrze.
Serce waliło jej w gardle tak mocno, że czuła pulsowanie w skroniach, w opuszkach palców, w cipce – gorące, natarczywe tętno, które mieszało strach z czymś innym, czymś, czego nie chciała nazwać. Ale szła dalej. Była przecież policjantką. „Musi tu być. Złapię go. Jest mój” – powtarzała w myślach jak mantrę, gorączkowo, prawie bez tchu, słowa odbijały się echem w pustej czaszce, a jednocześnie wiedziała, że to kłamstwo. Nie szła go złapać. Szła się poddać.
T-shirt z napisem POLICJA przylepił się do pleców mokrą, ciężką plamą potu – materiał ciemniał na łopatkach, na krzyżu, pod pachami. Każdy krok sprawiał, że materiał ocierał się o sterczące sutki, wysyłając ostre, palące impulsy w dół brzucha. Spodnie wślizgnęły się głębiej w cipkę, wilgoć przesiąkała przez tkaninę, ciepła i gęsta, łechtaczka pulsowała boleśnie przy każdym ruchu bioder. Czuła własny zapach – słony pot, podniecenie, strach – mieszał się z wonią mokrego betonu, gnijących śmieci i odległego ozonu burzy, która wciąż wisiała nad miastem, nie chcąc spaść.
Z prawej strony coś drgnęło – ledwo zauważalny ruch, jakby cień oderwał się od ściany i przesunął między budynkami. Reakcja była natychmiastowa. Broń wyskoczyła z kabury, szczęknął bezpiecznik – metaliczny, suchy dźwięk przeciął noc jak nóż. Trzymając pistolet oburącz, powoli, bardzo powoli omiotła lufą okolicę – najpierw w prawo, potem w lewo, potem znów w prawo. Nic. Kompletna, martwa cisza. Tylko sowa zahukała raz, głucho, z czarnego otworu okna na pierwszym piętrze – niski, przeciągły dźwięk, który zabrzmiał jak ostrzeżenie. I szczur, który bez pośpiechu, z zimną obojętnością buszował między resztkami jedzenia, jakby wiedział, że nikt tu już nie ma siły go przegonić.
Kinga stała nieruchomo. Oddech płytki, szybki, chrapliwy. Serce dudniło tak mocno, że czuła je w gardle, w uszach, w gorącej cipeczce – rytmiczne uderzenia, które mieszały strach z pożądaniem. Wiedziała, że on jest blisko. Czuła to w wilgoci, która spływała po udach. Czuła to w sutkach, które bolały od napięcia. Czuła to w powietrzu – ciężkim, gęstym, pachnącym piżmem, wanilią, mokrą ziemią i czymś metalicznym.
Broń drżała lekko w jej dłoniach, ale nie opuszczała jej. Jeszcze nie. Bo jeszcze nie była pewna, czy przyszła tu, żeby go zatrzymać. I właśnie ta niepewność sprawiała, że jej jaskinia miłości zaciskała się boleśnie, że wilgoć kapała na bruk z cichym, obscenicznie intymnym plaśnięciem.
Noc była ciepła, lepka, powietrze gęste od wilgoci, a ona stała w miejscu. Czekała. Wiedziała, że on już tu jest, że zaraz się pokaże. A kiedy się pokaże, nie będzie już odwrotu, nie będzie już policjantki. Będzie tylko zwykła, wystraszona dziewczyna. I on. I to, co z nią zrobi. I to, co ona pozwoli mu zrobić. I to, że będzie błagać, żeby nigdy nie przestawał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz