83. Musi poczuć tę falę
Natalia pochyliła się nad stolikiem, głos zniżyła do szeptu, w którym brzmiał już nie tylko żal, ale i strach – ten rodzaj strachu, który zostaje w kościach na zawsze.
– Dziewczyno… ty też go szukasz, prawda? Widzę to w twoich oczach. Widzę ten sam głód, który kiedyś widziałam w lustrze. Wiem dlaczego… ale wbrew temu, co teraz czujesz, powiem ci coś, co ci się nie spodoba. Nie wchodź w to. Zostaw. Uciekaj. Uciekaj, póki jeszcze możesz, bo przegrasz. Przegrasz tak, jak ja przegrałam. Jak przegrały wszystkie, które go dotknęły.
Kinga nie odpowiedziała. Siedziała nieruchomo, ale jej oczy mówiły wszystko – ciemne, błyszczące, głodne, jakby już dawno podjęła decyzję i tylko czekała, aż ktoś potwierdzi, że nie oszalała.
Pani Zofia westchnęła ciężko, dłonie zacisnęła na filiżance tak mocno, że porcelana zaskrzypiała cicho.
– Jeśli go znajdziesz… Boże… wiem, widzę to w tobie… zrób to. Nie walcz z tym. Oddaj się mu. Bo jak raz poczujesz – naprawdę poczujesz – to już nigdy nie będziesz taka sama. I nie będziesz chciała być. Ale potem… potem uciekaj. Nie idź dalej. On daje, ale więcej zabiera. To jest jak nałóg, z którego nie ma wyjścia. Przeżyjesz rozkosz życia raz, może dwa… później równia pochyła, tylko w dół. W dół. Wiem to. Zbyt dużo czytałam. Zbyt wiele słyszałam. To nie jest człowiek. To obcy gatunek. Nie wiemy, kim czy czym jest, ale to nie człowiek. Tu nie ma miłości. Tu jest pożądanie – czysta chemia i biologia. To mimikra. Pojawił się razem z naszymi przodkami, wyewoluował, upodobnił się do nas, ale to nie my. My jesteśmy jego zwierzyną. On się żywi nami – naszą energią, naszą siłą życiową. Zabiera ją i nie pyta. Pozbawia cię sił jak alkohol, tylko mocniej. Głębiej. Trwalej.
Kinga kiwnęła głową – ledwie zauważalnie. Głos jej drżał, kiedy w końcu się odezwała.
– Dziękuję… bardzo dziękuję. Nie wiem, co zrobić. Nie wiem. Postaram się.
Ale w środku już wiedziała. Wiedziała od chwili, kiedy pani Natalia zaczęła mówić. Wiedziała od chwili, kiedy poczuła wilgoć między udami na samą myśl o tym zapachu, o tym spojrzeniu, o tym ciężarze, który obiecywał rozłożyć ją na części i złożyć na nowo – tylko inaczej. Lepiej. Groźniej.
Wstała. Nogi miała miękkie, jakby ktoś wyciągnął jej kości i zastąpił je ciepłym woskiem. Między udami czuła wilgoć, która przesiąkała przez legginsy, ciepła, lepka, natarczywa – cipka pulsowała rytmicznie, łechtaczka nabrzmiała, sutki bolały pod bluzą, skóra na całym ciele płonęła subtelnym, wewnętrznym żarem. Każdy krok wysyłał drobne fale przez podbrzusze, przypominał, że ciało już podjęło decyzję za nią.
Wyszła na ulicę. Sierpniowe powietrze było ciepłe, lepkie, pachniało lipami, asfaltem nagrzanym słońcem i nadciągającą burzą – ozonem, wilgocią, elektrycznością wiszącą tuż nad dachami. Wiatr musnął jej skórę, owiał kark, jakby ktoś właśnie tam położył dłoń – ciepłą, pewną, kontrolującą.
A ona już wiedziała: nie spocznie, dopóki go nie znajdzie. Musi go znaleźć. Musi poczuć ten zapach na własnej skórze – ciężki, miodowo-palący, metaliczny, zwierzęcy. Musi poczuć ten dotyk – palce na karku, na biodrach, na sutkach, między udami. Musi poczuć tę falę – tę, która rozrywa od środka, która zostawia pustkę, a jednocześnie wypełnia po brzegi.
Bo teraz już nie szukała przestępcy.
Szukała mężczyzny – albo czegoś, co udaje mężczyznę – który mógł ją złamać.
I złożyć na nowo.
Tylko lepiej.
Albo gorzej.
Albo najgorzej.
I właśnie ta ostatnia myśl sprawiła, że cipka zacisnęła się gwałtownie, wilgoć spłynęła po udach ciepłą strużką, a Kinga poczuła, jak nogi uginają się pod nią lekko, jakby ciało już nie należało do niej.
Tylko do niego.
Do tego, kogo jeszcze nie znała.
A jednocześnie znała od zawsze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz