22. Nawałnica.
Nie mieliśmy zbyt dużo czasu na rozmyślania, bo dosłownie w tym samym momencie, stała się kolejna, dziwna i zaskakująca rzecz. Nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej tego nie zauważyliśmy. Najprawdopodobniej byliśmy zbyt zajęci ucieczką przed tymi krowami. Teraz, kiedy wreszcie przestały nas gonić i stanęliśmy po drugiej stronie niewidzialnej bariery, mieliśmy chwilę czasu, aby spojrzeć za siebie.
To, co zobaczyliśmy po zachodniej stronie nieba, było równie przerażające. Mianowicie dostrzegliśmy zbliżającą się burzę. Jednak nie była to zwykła burza. Chmury zbierały się szybko, bardzo szybko. O wiele szybciej, niż dzieje się to zwykle w takiej sytuacji.
Potężne, ciemne, kłębiaste bałwany w szybkim tempie zmierzały w naszą stronę. Nie jeden raz widzieliśmy burzę i trudno było nas tym zjawiskiem przestraszyć. Jednak w tym wypadku, kiedy mieliśmy do pokonania dwu i pół kilometrową trasę przez wodę, sytuacja radykalnie się zmieniła. Co prawda, może w tym miejscu było bardzo płytkie, niemniej wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że brodzenie po kolana podczas burzy, jest śmiertelnie ryzykowne.
-Szybko, szybko! Chodźcie, zbieramy się! - wydałem polecenie odwrotu.
Kiedy spostrzegłem, że Agnieszka nieco się ociąga, próbując zapiąć na plecach stanik, dodałem jeszcze:
-Zrobisz to później, nie ma co czekać! Uciekamy stąd!!!
Ruszyliśmy w stronę plaży, a później weszliśmy do wody. Z ręką na sercu zaczęliśmy brnąć w stronę lądu. Prawie biegliśmy, jednak poruszanie się w wodzie nie jest tak sprawne, jak na stałym gruncie.
Z narastającym niepokojem, patrzyliśmy na coraz szybciej zbliżające się chmury burzowe. Raz po raz, niebo rozdzierało się potężną błyskawicą. Coraz głośniejsze grzmoty przypominały nam, że czasu jest niewiele.
Byliśmy po pas zanurzeni w wodzie. Nawałnica była już prawie nad nami. Zajmowała połowę nieba i przysłoniła słońce. Po chwili zerwał się silny wiatr, a grzmoty rozlegały się coraz bliżej.
Pioruny uderzały w morze, dosłownie, kilka kilometrów dalej. Teraz byliśmy naprawdę przerażeni. Wszyscy. Szliśmy co sił w nogach, ale niewiele więcej dało się zrobić.
Wkrótce zrobiło się tak ciemno i ponuro, że mieliśmy wrażenie, iż nastąpił koniec świata. Widoczność ograniczała się do kilku metrów, utrudniając powrót do domu.
Potężna nawałnica rozszalała się na dobre, nim pokonaliśmy połowę trasy. Z oddali widzieliśmy ścianę deszczu lejącą się z nieba i szybko poruszającą się w naszą stronę.
Ulewa błyskawicznie nas dopadła. Mimo, że byliśmy w odciętej od pełnego morza zatoczce, otoczonej lądem, a woda była płytka, wiatr wzbijał metrowej wysokości fale.
Szybciej, szybciej! Pospieszcie się! - ponaglałem pozostałych.
W pewnej chwili potężne wyładowanie kilkadziesiąt metrów dalej zatrzymałao nas w miejscu. Dziewczyny zaczęły płakać i krzyczeć ze strachu. Nie mieliśmy pojęcia, czy uda się nam cało dotrzeć do stałego lądu. Już teraz wszyscy zaczęliśmy serdecznie żałować, że postanowiliśmy wybrać się na tą nieznaną, tajemniczą wyspę. Zdaje się, że niektórzy w głos się już modlili. Co chwilę musieliśmy się wzajemnie podnosić, bo nie byliśmy w stanie iść do przodu.
Kiedy w końcu stanęliśmy na plaży po drugiej stronie zatoki, rozegrał się prawdziwy spektakl wody wiatru i ognia. Grzmoty złączyły się w jedną, ogłuszającą kanonadę, która zdawała się nas otaczać cię ze wszystkich stron. Podczas błyskawic było widno, jak w południe. Deszcz zacinał prawie poziomo. Nic, co mieliśmy na sobie, czy ze sobą, nie było już suche.
Mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, że nie spadł na nas żaden oderwany konar, znak drogowy, czy inne cholerstwo, które latało niczym UFO ze wszystkich stron.
Burza, która się tego dnia rozpętała, okazała się być jedną z największych od kilkunastu lat. Miejscowi mówili, że dawno takiej nie pamiętali. Nawałnica trwała ponad godzinę zalewając wodą wszystko, na co napotkała: ulice, chodniki, trawniki i przydomowe ogródki. Powstał bałagan, z którym ekipy porządkowe nie mogły sobie poradzić do końca turnusu.
Nie tylko nasza grupa się wystraszyła. Wyglądało to tak, jakby cała tutejsza natura w jednej chwili sprzysięgła się przeciwko nam.
Najdziwniejsze było to, że po wszystkim, jak gdyby nigdy nic, wyszło słońce, a wieczór był nadzwyczaj cichy i pogodny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz