23. Brzeg.
Nie wiem, dlaczego zdecydowałem się właśnie na taki krok. Jakiś wewnętrzny impuls kazał mi to zrobić. Jakaś zagadka, która czekała na rozwiązanie, kazała mi pójść w to miejsce.
Ruszyłem przed siebie. Poszedłem przez niewielki zagajnik, który wąską ścieżką prowadził wprost nad same morze. Wiedziałem, że ją spotkam. To było jakieś wewnętrzne przekonanie. Chciałem tego, chciałem tego spotkania. To było dziwne i trudne do wytłumaczenia.
Wreszcie znalazłem się nad samą wodą. Otaczała mnie granatowa przestrzeń tak daleka, że wzrok się gubił. Na horyzoncie słońce chyliło się ku zachodowi. Barwiło niebo na różne odcienie purpury, czerwieni różu, pomarańczu i fioletu. Chmury wyglądały, jak pomalowane pastelowymi farbami.
Była tam. Już na mnie czekała.
-Chodź ze mną, zabiorę cię stąd daleko, - odezwała się cichym, lecz dobrze słyszalnym głosem.
Wzięła mnie za rękę i prowadziła przed siebie. Wiedziałem, że mam nie zadawać pytań, żadnych pytań, włącznie z tym, w jaki sposób rozumiałem jej słowa.
Szliśmy brzegiem. Trzymała mnie za dłoń i stąpała po piasku. Stąpała boso, nago, w blasku zachodzącego słońca. Zdawaliśmy się być częścią tego krajobrazu, jak wymalowani farbą na płótnie.
Szliśmy przed siebie daleko. Czas zdawał się stać, nie płynąć w ogóle. Przestrzeń zamknęła się wokół nas tak, jak byśmy byli jedynymi ludźmi na tej planecie. Byliśmy tylko obydwoje. Była tylko ta chwila, nic więcej, nic ponadto.
Wszystko miało sens, wszystko miało znaczenie. Najdrobniejszy szum wiatru, najcichszy śpiew ptaka pośród gałązek drzew i ta muzyka która rozbrzmiewała we mnie, którą słyszałem bezdźwięcznie gdzieś w swojej duszy, która płynęła przeze mnie w każdej sekundzie tej chwili.
Było dobrze, było tak cudownie. Nic więcej już nie chciałem, nic więcej już nie potrzebowałem. Wpatrzony w jej plecy, w jej czarne włosy ścielące się na plecach. Szedłem za nią, trzymany za rękę mocno, pełny zaufania.
Nie miałem pojęcia dokąd idę, gdzie mnie zaprowadzi, lecz nie miało to znaczenia. W tej chwili nie miało żadnego znaczenia. Ważne było tylko to, że jestem, że istnieję, że wszystko wokół ma tak głęboki sens, że, po prostu, jest.
Świat zdawał się uśmiechać do mnie, a ja byłem coraz bardziej szczęśliwy. Było tylko to, co jest, nic więcej. Tak mało, a jednocześnie tak wiele.
I nagle zatrzymała się. Wiedziałem, że to już. Trwaliśmy tak przez chwilę, zawieszeni między jednym, a drugim światem. Patrzyła na mnie. Patrzyła mi w oczy i, z delikatnym uśmiechem na ustach, powiedziała:
-Chodź.
Zamarłem.
-Gdzie?
-Chodź ze mną. Pokażę ci świat.
-Świat, ale jaki świat? To jest mój świat, - wskazałem na okolicę wokół nas.
-Chodź ze mną, - odezwała się ponownie. - Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. Jesteś tu ze mną.
Powoli, trzymając mnie się za ręce, wchodziliśmy coraz głębiej i coraz głębiej. Woda sięgała mi do pasa, do klatki piersiowej i wreszcie zanurzyłem się całkowicie. Nie utonąłem, oddychałem. Nie dusiłem się. Było mi tak dobrze.
Płynąłem w morskich głębinach, a ona trzymała mnie za dłoń. Ciągnęła mnie gdzieś. Poruszała się szybko i zwinnie, omijając podwodne przeszkody. Czułem się coraz bardziej szczęśliwy i coraz bardziej spełniony.
Do moich uszu dobiegał śpiew i muzyka. To był przecudny dźwięk, zdawał się napływać zewsząd. Ogarniał mnie, otaczał, prowadził i zachęcał. Płynąłem, ciągnięty za dłoń gdzieś w głębiny. Nie było ani zimno, ani ciemno. Czułem się doskonale. Płynąłem coraz dalej, coraz głębiej.
-Gdzie ja jestem? Czy to jest mój sen? czy to dzieje się naprawdę? - spytałem, lecz nie uzyskałem odpowiedzi.
Płynąłem za nią i coraz coraz słabiej pamiętałem to, kim byłem, to co zostawiłem na brzegu i, czy w ogóle, był gdzieś jeszcze jakiś brzeg.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz