20. Stado potworów.
Stała na skarpie z głową uniesioną do góry niczym surykatka i swoim czujnym wzrokiem omiatała otoczenie. W akcie desperacji próbowaliśmy jeszcze rozpłaszczyć się na murawie, ale nic to już nie pomogło. Ubrały się, wyszły z dołka i dały nam solidną reprymendę. W tym momencie poddaliśmy się, wróciliśmy na planszę i postanowiliśmy powygłupiać się we własnym gronie.
-Głupie cipy, - warknął z niezadowoleniem Adam.
-Dobra, daj spokój, jak chcą się opalać, to niech się opalają, - mruknął Grzesiek.
-Wiecie co, spróbujemy jeszcze raz za godzinę? - próbowałem jakoś rozładować atmosferę.
-Aha, dobry pomysł. Wtedy, na pewno, będą już spały, - uśmiechnął się Bogdan.
Pamiętam, że byliśmy akurat zajęci chwytaniem krabów i meduz, których w tym miejscu było całe zatrzęsienie. Chcieliśmy nawet robić eksperymenty z rozpaleniem ogniska i usmażeniem czegoś, ale z braku zapałek daliśmy sobie spokój. Minęło jakieś pół godziny, nie więcej, kiedy usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk.
-Chłopaki, chłopaki, ratujcie nas!!!
Wszyscy to słyszeliśmy i wszyscy, jak jeden mąż, stanęli na baczność. To wyglądało bardzo poważnie. W sekundę później już biegliśmy w kierunku, z którego dobiegał odgłos wołania o pomoc. Okazało się, że było to dokładnie po drugiej stronie wyspy.
Obraz, który zastaliśmy budził w nas bardzo mieszane uczucia. W jednej chwili wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. To było całkowicie odruchowe i niezależne od nas. Z drugiej jednak strony, poważnie się przeraziliśmy.
Oto widok, który się przed nami roztaczał. Pięć ładnych, niekompletnie ubranych dziewczyn, stało w dość głębokiej wodzie i z trwogą w oczach rozglądało się dookoła. A co było wokół nich? Ha! To jest dobre pytanie. Wokół tych przerażonych młodych istot rozciągało się stado czarnych krów. Nie wiem dokładnie ile ich było, ale na pewno więcej niż pięćset.
Byliśmy oddaleni o kilkaset metrów, staliśmy na niewielkim wzniesieniu i mogliśmy obserwować wszystko wokół. Nasze dziewczyny wyglądały jak kilka białych kropek po środku czarnego morza wielkich cielsk. Bydlaki weszły do wody i otoczyły je ciasnym pierścieniem, pozostawiając przestrzeń, najwyżej, dwumetrową.
Do dziś nie umiem wytłumaczyć powodu, dla którego te zwierzęta zachowywały się wtedy w ten właśnie sposób. Już na pierwszy rzut oka widać było, że nie chcą zrobić im krzywdy. Te krowy były, po prostu, ciekawe. Podchodziły, wąchały i skubały za ubrania. Tak naprawdę nie było powodu do paniki. Wystarczyło tylko spokojnie wyjść z wody i oddalić się.
Jednak to była tylko teoria. Nie było sposobu, aby wytłumaczyć to tym wystraszonym młodym podlotkom. Dla nich było to stado potworów, które chciało je pożreć. Wystarczyło tylko popatrzeć, jak dygoczą ze strachu i tulą się do siebie.
Krok po kroku, czarne jałówki spychały je na większą wodę, a one, bojąc się podjąć właściwą reakcję, coraz bardziej ustępowały, zanurzając się coraz głębiej.
-Jolka, Jolka!!!
-Co?!
-Ty umiesz pływać?!
-Nie, a ty!
Ja też nie!
-Boże, Boże, to ja się wolę utopić!!!
Wydzierały się wniebogłosy, a my śmialiśmy się do rozpuku. Kładliśmy się ze śmiechu natrawie, nie mogąc powstrzymać kolejnych jego wybuchów. Scena, która przed nami się rozgrywała, była jak żywcem wyrwana z jakiejś komedii. Wiedzieliśmy, że ludzie nam w to nie uwierzą i tak było.
Tak, czy inaczej, dla naszych koleżanek nie było to wcale śmieszne. Kiedy pierwsza fala rozbawienia minęła, zdaliśmy sobie sprawę z tego, że trzeba im pomóc. No tak, dobrze powiedzieć, ale trudniej wykonać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz