Szukaj na tym blogu

9 grudnia 2018

Syrena.

21. Dlaczego nie ruszyły dalej?

Jedyne, co ze sobą mieliśmy, to ręczniki. Takie duże, plażowe. Ja pierwszy wpadłem na pomysł, aby użyć właśnie tego. Wymachując jak lassem nad głową, zacząłem biec w stronę stada, mając nadzieję, że zwierzęta się wystraszą. Udało się.
Przerażone krowy rozbiegły się we wszystkie strony wzbijając strugi wody, a na lądzie olbrzymie tumany kurzu. Już po chwili koledzy dołączyli do mnie. Teraz już stanowiliśmy poważny oddział, który przeszedł do zdecydowanego natarcia.
-Głośno krzyczcie! Rozumiecie?! Krzyczcie! - starałem się instruować kolegów, pomiędzy kolejnymi z wybuchami śmiechu.
Krowy rozproszyły się jak muchy. Już po chwili, żadnej nie było widać w zasięgu wzroku. Nie był to jeszcze jednak koniec naszych kłopotów na tej małej wysepce.
Ledwie dziewczyny zdążyły wyjść z wody i, drżącymi głośnikami, podziękować nam, a już następowało kontrnatarcie. Zwierzęta przegrupowały się na dalekich rubieżach pastwiska i, w coraz bardziej zwartym szyku, z tętentem kopyt, biegły w naszą stronę.
Teraz to już było, naprawdę, niebezpiecznie. Cała sytuacja inaczej wygląda, kiedy takie stado podchodzi do ciebie ostrożnie i bardzo powoli, wtedy rzeczywiście nie ma się czego bać, a zupełnie inaczej, kiedy rozpędzi się do maksymalnej prędkości i nie chce zejść z drogi. To jest instynkt stada. Nawet, gdyby, te z przodu, jakimś cudem, zechciały się zatrzymać, to i tak te z tyłu, siłą rozpędu wbiegły by na nie.
Pędziło na nas pięćset sztuk bydlaków i nie miało zamiaru ustąpić. Trzeba było szybko podjąć jakąś decyzję.
Jedyne, co, w tej chwili, przyszło nam do głowy, to ucieczka w stronę najbliższych drzew. Nie zwróciliśmy nawet uwagi, że niektóre dziewczyny nie zdążyły jeszcze założyć staników i machały cyckami na prawo i lewo. Biegliśmy jak po życie. W tej chwili nikt nie grał już bohatera. Czuliśmy jak za naszymi plecami i ziemia trzęsie się coraz bardziej.
Dopadliśmy do drzew w ostatniej chwili. Całe szczęście, że były stare, rosochate i mocno pochylone. Niektóre z naszych pań trzeba było niemalże wciągać na gałęzie. Jednak udało się.
-Kurwa, co to było?! - wyrwało się z moich ust.
Krowy przebiegły jak tabun dzikich koni na prerii i zniknęły za pochyłością terenu. Odetchnęliśmy z ulgą i czekaliśmy na dalszy rozwój wypadków. Tak jak przypuszczaliśmy, zwierzęta już wracały. Najpierw widać było tuman kurzu, a później pojawiła się ciemna, skłębiona linia, która rosła w oczach.
Przebiegły pod naszym drzewem i zatrzymały się kilkaset metrów dalej, po czym znów zaczęły pędzić w naszą stronę. Na zasadzie wahadła, zrobiły to jeszcze kilkakrotnie, aż w końcu znieruchomiały pod naszymi nogami. Nie widziały nas, ale czuły, że tu jesteśmy.
Z lękiem w oczach patrzyliśmy na gęstniejącą zbieraninę czarnych, zwierzęcych karków. Mieliśmy poważny problem: schodzić, czy nie schodzić? Zbliżała się już pora obiadu i musieliśmy wracać. Nie mieliśmy pewności, co się stanie, kiedy dotkniemy stopami ziemi.
Niemniej, po jakichś piętnastu minutach, najbardziej odważni z nas, mimo ryzyka, postanowili zaskoczyć na trawę. Zaczęliśmy drzeć się jak poparzeni i stado znów się rozbiegło. Znów mieliśmy trochę czasu, aby wycofać się do kolejnej linii drzew. Jeszcze raz siedzieliśmy na gałęziach.
Dopiero za trzecim razem dotarliśmy do miejsca, w którym zwierzęta zatrzymały się, rezygnując z pościgu. To było dziwne, bo wszystkie krowy ustawiły się wzdłuż jakiejś niewidzialnej linii i nie były w stanie jej przekroczyć nawet o metr. Staliśmy i patrzyliśmy zafascynowani tym zjawiskiem. To wyglądało tak, jakby wzdłuż pastwiska biegło niewidzialne ogrodzenie. Do dziś zadaję sobie, pytanie dlaczego nie ruszyły dalej?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...