21. Dlaczego nie ruszyły dalej?
Jedyne, co ze sobą mieliśmy, to ręczniki. Takie duże, plażowe. Ja pierwszy wpadłem na pomysł, aby użyć właśnie tego. Wymachując jak lassem nad głową, zacząłem biec w stronę stada, mając nadzieję, że zwierzęta się wystraszą. Udało się.
Przerażone krowy rozbiegły się we wszystkie strony wzbijając strugi wody, a na lądzie olbrzymie tumany kurzu. Już po chwili koledzy dołączyli do mnie. Teraz już stanowiliśmy poważny oddział, który przeszedł do zdecydowanego natarcia.
-Głośno krzyczcie! Rozumiecie?! Krzyczcie! - starałem się instruować kolegów, pomiędzy kolejnymi z wybuchami śmiechu.
Krowy rozproszyły się jak muchy. Już po chwili, żadnej nie było widać w zasięgu wzroku. Nie był to jeszcze jednak koniec naszych kłopotów na tej małej wysepce.
Ledwie dziewczyny zdążyły wyjść z wody i, drżącymi głośnikami, podziękować nam, a już następowało kontrnatarcie. Zwierzęta przegrupowały się na dalekich rubieżach pastwiska i, w coraz bardziej zwartym szyku, z tętentem kopyt, biegły w naszą stronę.
Teraz to już było, naprawdę, niebezpiecznie. Cała sytuacja inaczej wygląda, kiedy takie stado podchodzi do ciebie ostrożnie i bardzo powoli, wtedy rzeczywiście nie ma się czego bać, a zupełnie inaczej, kiedy rozpędzi się do maksymalnej prędkości i nie chce zejść z drogi. To jest instynkt stada. Nawet, gdyby, te z przodu, jakimś cudem, zechciały się zatrzymać, to i tak te z tyłu, siłą rozpędu wbiegły by na nie.
Pędziło na nas pięćset sztuk bydlaków i nie miało zamiaru ustąpić. Trzeba było szybko podjąć jakąś decyzję.
Jedyne, co, w tej chwili, przyszło nam do głowy, to ucieczka w stronę najbliższych drzew. Nie zwróciliśmy nawet uwagi, że niektóre dziewczyny nie zdążyły jeszcze założyć staników i machały cyckami na prawo i lewo. Biegliśmy jak po życie. W tej chwili nikt nie grał już bohatera. Czuliśmy jak za naszymi plecami i ziemia trzęsie się coraz bardziej.
Dopadliśmy do drzew w ostatniej chwili. Całe szczęście, że były stare, rosochate i mocno pochylone. Niektóre z naszych pań trzeba było niemalże wciągać na gałęzie. Jednak udało się.
-Kurwa, co to było?! - wyrwało się z moich ust.
Krowy przebiegły jak tabun dzikich koni na prerii i zniknęły za pochyłością terenu. Odetchnęliśmy z ulgą i czekaliśmy na dalszy rozwój wypadków. Tak jak przypuszczaliśmy, zwierzęta już wracały. Najpierw widać było tuman kurzu, a później pojawiła się ciemna, skłębiona linia, która rosła w oczach.
Przebiegły pod naszym drzewem i zatrzymały się kilkaset metrów dalej, po czym znów zaczęły pędzić w naszą stronę. Na zasadzie wahadła, zrobiły to jeszcze kilkakrotnie, aż w końcu znieruchomiały pod naszymi nogami. Nie widziały nas, ale czuły, że tu jesteśmy.
Z lękiem w oczach patrzyliśmy na gęstniejącą zbieraninę czarnych, zwierzęcych karków. Mieliśmy poważny problem: schodzić, czy nie schodzić? Zbliżała się już pora obiadu i musieliśmy wracać. Nie mieliśmy pewności, co się stanie, kiedy dotkniemy stopami ziemi.
Niemniej, po jakichś piętnastu minutach, najbardziej odważni z nas, mimo ryzyka, postanowili zaskoczyć na trawę. Zaczęliśmy drzeć się jak poparzeni i stado znów się rozbiegło. Znów mieliśmy trochę czasu, aby wycofać się do kolejnej linii drzew. Jeszcze raz siedzieliśmy na gałęziach.
Dopiero za trzecim razem dotarliśmy do miejsca, w którym zwierzęta zatrzymały się, rezygnując z pościgu. To było dziwne, bo wszystkie krowy ustawiły się wzdłuż jakiejś niewidzialnej linii i nie były w stanie jej przekroczyć nawet o metr. Staliśmy i patrzyliśmy zafascynowani tym zjawiskiem. To wyglądało tak, jakby wzdłuż pastwiska biegło niewidzialne ogrodzenie. Do dziś zadaję sobie, pytanie dlaczego nie ruszyły dalej?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz