40. Poopalaj się troszkę.
Nic jednak się nie stało. Przynajmniej nie w tej chwili. Nic takiego, co kazałoby mi mieć w dalszym ciągu złe, nieprzyjemne skojarzenia. Facet schował karabin do skrzynki na burcie samochodu i więcej go już nie widziałem.
Ruszyliśmy przed siebie. Po pokonaniu kolejnych kilkuset metrów po piasku, znaleźliśmy się nad niewielkim rozlewiskiem wodnym. Wiedziałem, że coś takiego tutaj istnieje, ale nigdy nie miałem okazji być w tym dziwnym miejscu. Chociaż muszę przyznać, że zakątek był bardzo uroczy. Otoczony niskimi zaroślami, poprzetykany tu i ówdzie brzozami i wierzbami. Nad samym brzegiem rosła gęsta trzcina i tatarak.
Przez jakiś czas zastanawiałem się, po co, właściwie, tutaj przyjechaliśmy. Czyżby chciał polować na kaczki? To było bardzo prawdopodobne, chociaż, z drugiej strony, tak prawdę mówiąc, nie widziałem tutaj żadnego ptactwa wodnego.
Nie miałem okazji zastanowić się nad tym głębiej, bo ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy wzdłuż brzegu rozlewiska powstałego w starej, zamkniętej od lat, żwirowni. Zbiornik okazał się być dużo większy, niż mi się, na początku, wydawało. Być może, po ostatnich, obfitych opadach deszczu wystąpił z brzegów. Nie wiem. Trudno było mi to wszystko w tej chwili ocenić. Właśnie minęliśmy grupę wędkarzy, wygodnie usytuowanych między wysokim czcinowiskiem. Pomachali do nas przez chwilę, dyskutując coś między sobą. Pojechaliśmy dalej
W końcu dotarliśmy do dość rozległej i ładnej, dzikiej plaży. Było tu już znacznie więcej osób. Uśmiechnąłem się do siebie, bo o tym, że w tym miejscu jest kąpielisko, nie miałem zielonego pojęcia. Powiem szczerze, zaskoczyło mnie to bardzo. W pewnym momencie zobaczyłem nawet molo. Wcale nie było małe. Sięgało jakieś pięćdziesiąt metrów w głąb jeziora. Ktoś musiał to kiedyś tutaj zbudować.
Ludzie siedzieli na piasku i opalali się. Część z nich pluskała się beztrosko w wodzie. Ja również miałem ochotę się wykąpać. Przez chwilę zastanawiałem się, nad tym, czy jest dostatecznie ciepła.
-No dobrze, - zwrócił się do córki, - to my ciebie tutaj, Julcia, na chwilę zostawimy i pojedziemy coś zobaczyć.
Dziewczyna spojrzała na niego spod dopuszczonych brwi. Najprawdopodobniej, w ogóle, nie miała zamiaru zostawać sama, ale widać było, że nie ma zamiaru sprzeciwiać się ojcu. Natomiast, jeżeli chodzi o mnie, no cóż. Zacząłem się bać jeszcze bardziej. Przyznam się, że po moich plecach biegał już jeden, nie dwa, ale setki dreszczy. Chociaż, zdaję sobie sprawę z faktu, że było to dość głupie z mojej strony. Było dostatecznego powodu, by facet chciał się mnie pozbyć.
Tak czy inaczej, gdzieś w podświadomości towarzyszyła mi myśl, że całe to polowanie, to jedna wielka fikcja, że wszystko było dokładnie zaplanowane. Miałem wrażenie, że teraz wywiezie mnie gdzieś w odludne miejsce i rozwali jak bezdomnego psa. Wiem że to niedorzeczne, ale nie potrafiłem opanować narastającego lęku. Bałem się jak cholera, ale nie miałem odwagi, w jakikolwiek sposób, zaprotestować. Wydawało mi się, że muszę robić dobrą minę do złej gry i brnąć w to dalej.
Już po kilku minutach, byłem kompletnie roztrzęsiony. Mimo to, za wszelką cenę, próbowałem ukryć mój stan. Zdawałem sobie sprawę, że jest to tylko mój wewnętrzny, irracjonalny lęk, z którym nie potrafiłem sobie poradzić. Bo tak naprawdę, gdyby zastanowić się nad tym dokładniej, co dawało mi powody do myślenia, że stanie się właśnie coś strasznego? Czy zraniony ojciec może rozwalić faceta za to, że bzykał się z jego ukochaną córeczką? Raczej nie. W tej chwili, mogły być to tylko moje zalęknione przypuszczenia. To było śmieszne. Byłem przecież dorosłym facetem. Nie chciałem zachowywać się jak wystraszony gówniarz. Jeżeli mówił, że ma mi coś do pokazania, to pewnie tak było.
Wyciągnął z samochodu koc i dał jej, wskazując niewielkie zagłębienie nieco z boku.
-Poopalaj się troszkę, córcia, a my za jakieś pół godziny wrócimy, - powiedział do niej.
Nie wiedziałem, czy mam mu wierzyć, czy nie. Zastanawiałem się, co miał na myśli, mówiąc, że wrócimy. Czy chciał wrócić sam, czy ze mną? Nie spytałem jednak on o nic. Uśmiechałem się tylko i zastanawiałem, czy ten uśmiech jest wystarczająco prawdziwy.
Ruszyliśmy. Od razu wjechaliśmy w las. Tym razem był on zupełnie inny. To były świerki, takie grube, wysokie i ponure. Ich gęste konary szczelnie zasłaniały i niebo, a monotonny szum, był wrogi, jakby żywcem z horroru wzięty.
Nie było drogi. To było jakieś pustkowie. Poruszaliśmy się tylko dlatego, że samochód miał napęd na cztery koła. Słyszałem trzask gałęzi pod ogumieniem, rzucało nami z lewa na prawo jak w maszynie do losowania.
-Sąsiad, - odezwałem się w pewnym momencie, - czy ty na pewno wiesz, gdzie jedziemy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz