10. Co to było?
Zaczęliśmy się śmiać jak małe, beztroskie dzieciaki. Kiedy wreszcie się uspokoiliśmy, jakby ze wstydem, odwróciliśmy od siebie oczy. Co to było? Flirt, czy początek miłości.
Moje serce szybko zmiękło. Postanowiłem jednak jeszcze trochę pościemiać. No, chociażby tak dla zasady, aby zrobiło się jej przykro. Nie chciałem być złośliwy. Chciałem tylko, by wczuła się w moją sytuację.
-Kto mnie tak urządził?! - spytałem, wskazując na swoją głowę.
Spuściła wzrok, a w jej oczach ujrzałem poczucie winy.
-Ja, - przyznała cicho.
Wydawało mi się, że odniosłem zwycięstwo, ale nie czułem się z tym jakoś specjalnie dobrze.
-No. Proszę, proszę… zabić nie chciałaś.
Znowu na mnie spojrzała.
-Nie, to nie tak… to ty chciałeś mnie zgwałcić.
-Aha… no, naprawdę, tak myślisz?
-Eee… musiałam się jakoś bronić.
-No muszę przyznać, że wyszło ci to całkiem całkiem nieźle, - rzuciłem gorzko, wskazując na rozbitą skroń, - Napieprza jak sto diabłów.
Teraz spoważniała.
-Przepraszam, ale to już nie moja zasługa.
-Aha, a czyja?
Przesunęła się jakby nieco bliżej i przełknęła ślinę.
-Owszem, dostałeś w pysk, tego się nie wypieram, ale głowę rozbiłeś sobie sam, bohaterze.
-No tak, ciekawe jak?!
Uśmiechnęła się.
-Jak to jak?! O molo, przecież.
-Taaa… o molo… Uważaj bo ci uwierzę.
-To prawda. Później wpadłeś do wody.
Jeszcze raz się uśmiechnęła. Wyglądała jak mały urwis. Miałem ochotę utrzeć jej nosa.
-Do wody??? Gdzie?!
-Jak to, gdzie?! Nooo… do jeziora, oczywiście. Poszedłeś na dno jak kamień. Chłopaku, czy ty w ogóle umiesz pływać? Dobrze, że tam płytko, bo nie wiem, czy teraz tutaj byś leżał. Ledwie zdołałam cię wyciągnąć.
-No, cholera, nieźle, nieźle… - powiedziałem zszokowanym głosem, - Hej, czekaj, jak to, ty?!”
-No… ja.
Zasępiłem się.
-Czekaj, a moi koledzy? Co z nimi?
Na jej twarzy ponownie pojawił się rozbrajający, dziecięcy uśmiech.
-Uciekli.
-Niemożliwe. Wszyscy?
Pokiwała głową.
-Nieźle! To im też dokopałaś?
Śmiała się.
-Nie. Nie musiałam. Sami zrezygnowali.
-No, fajnie. Niezła jesteś. Muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskoczyłaś. Trudno byłoby się tego spodziewać po tak drobnej dziewczynie.
-No tak. Jestem mała, ale daję sobie radę.
Razem wybuchliśmy szczerym śmiechem. Stopniowo, cały mój gniew zmieniał się w uczucie wdzięczności.
-Dziękuję, - powiedziałem, niby przypadkiem, chwytając jej wzrok.
-Nie ma sprawy, - odpowiedziała, z serdecznym uśmiechem, przenikając mnie swoimi, czarnymi oczami.
Nastąpiła chwila, pozornie niezręcznej, ciszy. Ta cisza jednak miała swoje, bardzo ważne znaczenie.
-Słuchaj, - zacząłem ponownie, - przepraszam… przepraszam za siebie i za moich kumpli… no głupio wyszło… Wiem, że to, w tej sytuacji, marna pociecha, ale może jednak coś…
Po raz kolejny uśmiechnęła się tak bardzo ciepło i przyjemnie. Czułem się przy niej coraz lepiej, coraz… jeśli tak to można określić, bezpieczniej.
-A, spoko. Nic się nie stało, przecież. Ja potrafię się sama obronić. Od jakiegoś czasu ćwiczę aikido.
-Ach, aikido, - westchnąłem, - teraz wszystko rozumiem.
Ponownie zamilkliśmy, ale to było bardzo przyjemne.
-Słuchaj, - zaczęła po jakimś czasie, - ja również cię przepraszam.
-Ale, za co?
Wskazała palcem na moją głowę.
-To musi bardzo boleć.
-Boli.
-Niestety, to był jedyny sposób.
-No, przecież wiem.
-Przecież, nie mogłam pozwolić… sam rozumiesz. Szkoda tylko, że to ty oberwałeś.
Teraz ja się uśmiechnąłem.
-Byłem najbliżej.
-Jeszcze raz przepraszam.
Omiotłem spojrzeniem jej zgrabną sylwetkę i pokiwałem głową.
-Nie przepraszaj. To była cena.
Spojrzała na mnie z pytaniem w oczach.
-Cena? Za co?
Przez chwilę zastanawiałem się, czy w ogóle to powiedzieć.
-Za poznanie ciebie, - odezwałem się z najserdeczniejszymi uśmiechem, na jaki było mnie stać.
-Aha rozumiem, jesteś bardzo hojny.
-Tak?
Uśmiechała się szczerze.
-To bardzo wysoka cena.
Zaczęliśmy się śmiać jak małe, beztroskie dzieciaki. Kiedy wreszcie się uspokoiliśmy, jakby ze wstydem, odwróciliśmy od siebie oczy. Co to było? Flirt, czy początek miłości.
-No to jak, zgoda? - wyciągnęła dłoń w geście pojednania.
-Zgoda, - rzuciłem, odpowiadając ciepłym uściskiem.
Nagle, dosłownie, w jednej chwili całe napięcie, które towarzyszyło nam od samego początku, ulotniło się bezpowrotnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz