Szukaj na tym blogu

14 grudnia 2019

Wakacje, seks i potwór.

72. Zwinne węże.

Muszę przyznać, że to, co widziałem było nad wyraz  fascynujące. Bez przerwy mnie pieściła. Jej ręce przybrały kolor soczystej trawy, lawirowały po mojej skórze, niczym zwinne węże. Ich dotyk był niezwykle delikatny, a jednocześnie przenikający orzeźwiającą energią. 


Ostrożnie otworzyłem oczy. Jeszcze nie do końca byłem pewny tego, co się ze mną dzieje. Zdawało mi się, że na chwilę straciłem świadomość. Byłem przekonany, że to, co widziałem minęło i wszystko wróciło już do normy. Najsilniejszy nawet narkotyk przestaje w końcu działać. 
Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jednak nie. Spojrzałem na jej cipkę i oniemiałem. Co prawda, nie była już tak wielka, ale… wciąż była żywa. Tak, dobrze przeczytaliście. Sam w to nie wierzyłem. To był jakiś niesamowity, groteskowy, ale jednak żywy, organizm. Myślałem, po prostu, że to jakaś gra, albo teatrzyk, który za chwilę się skończy. 
Jej cipka otwierała się i zamykała, otwierała się i zamykała… mlaskała… jak usta podczas posiłku. Ze zdziwienia przetarłem powieki. 
Teraz wystraszyłem się na poważnie. Gdyby to coś miało zęby… no cóż, nie chciałem o tym myśleć. Co mogłaby zrobić z moim penisem. Jednak, To nie było aż tak straszne. Nie, nic się nie działo. Była miękka i sprężysta… cała ociekała śluzem. Nie mogła zrobić mi krzywdy. 
Wciąż miała mnie w swoim posiadaniu. Gdy powoli chwytała mojego fiuta czułem, że unoszę się nad łóżkiem. Nie mogłem uwierzyć w to, co się działo. Ona dosłownie ssała mojego kutasa. Sama. Swoją drogą, w jakiś sposób, to było nawet fascynujące. Za każdym razem zasysała mojego węża coraz głębiej i głębiej. Doiła mnie, niczym mechaniczna dojarka. 
Tak, to trafne porównanie. Była, jak dojarka eklektyczna. Trudno to opisać, moje ciało było jednym, wielkim orgazmem, rozpalone, szamotało się w spazmach rozkoszy. 
Nagle, gdzieś z bardzo daleka, usłyszałem własny krzyk. Trudno było rozpoznać, że mój własny głos tak brzmi. Fala gwałtownych szarpnięć zdawała się nie mieć końca. Czułem się tak, jakbym siedział na krześle elektrycznym, a przez moje ciało przepływały tysiące megawatów mocy. 
Wciąż musiałem być na haju i to porządnym. W pewnym momencie poczułem, że to ja przestaję być materialnym bytem. Byłem jednym wielkim zmysłem, jednym nieskończonym doznaniem, byłem rozkoszą. Płonąłem, moje ciało przenikał ogień, każda komórka wrzała, każdy mięsień przenikał prąd. 
Nic nie było statyczne. Wszystko zmieniało się płynnie jak w kalejdoskopie. Nagle ciało dziewczyny zrobiło się zielone, a na jej skórze pojawiły się małe plamki. W żaden sposób nie potrafiłem określić, czy to rzeczywistość, czy tylko narkotyczne majaki. 
Z ogromnym wysiłkiem próbowałem skupić wzrok. Wzorki robiły się co raz większe i wybrzuszały się, jak pęcherzyki. Tak, to przypominało jakąś dziwną parodię. To, co się działo było przynajmniej częściowo, jak jakiś film, zupełnie jakbym stał obok, jak obserwator. 
Łatki na jej ciele były najpierw żółte, później brązowe i wciąż rosły. Było ich pełno, pokrywały jej ramiona i brzuch.
Nie odczuwałem lęku, nie potrafiłem. Wciąż doznawałem najwyższej, niebiańskiej wręcz, ekstazy. 
Muszę przyznać, że to, co widziałem było nad wyraz  fascynujące. Bez przerwy mnie pieściła. Jej ręce przybrały kolor soczystej trawy, lawirowały po mojej skórze, niczym zwinne węże. Ich dotyk był niezwykle delikatny, a jednocześnie przenikający orzeźwiającą energią. 
Patrzyłem i widziałem, że powoli przechodzą metamorfozę. Znikły gdzieś wszystkie stawy, palce i dłonie. Zginały się na całej długości, niczym liany, oplatały mnie miękko i sprężyście. Wydłużyły się nieproporcjonalnie do reszty ciała, wyślizgnęły pod moje gorące i spocone plecy i uniosły cały mój ciężar do góry.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...