66. Kilka minut szczęścia.
Ujęła mnie za rękę i poprowadziła w stronę budynku. Bez słowa poszedłem za nią. Oczekiwałem tylko jednego, na kilka minut szczęścia, właśnie z nią. Każdy krok prowadził mnie do zbawienia, a ja szedłem za nią jak wierny pies.
Co tu dużo mówić, zdenerwowałem się. Spadłem przecież z blisko dwóch metrów. Naprawdę, mogłem sobie coś zrobić. Nie chciałem, na przykład, drugi raz z rzędu rozwalić sobie głowy. Dlatego dla mnie nie było to takie zabawne.
-Zwariowałaś?! - warknąłem ze złością.
Śmiała się jeszcze przez chwilę, a później zamilkła.
-Przepraszam, misiu, tak bardzo chciałam mieć cię tutaj całego, że nie mogłam się powstrzymać.
Obruszyłem się jeszcze bardziej. Niezależnie od sytuacji nie zmieniało to faktu, że było to dla mnie dużym ryzykiem.
-Dziewczyno, kim ty jesteś?! Jakaś kompletna wariatka z ciebie. Poza tym, nimfomanka! - wyrzuciłem z siebie.
Chyba przesadziłem. Odwróciła się, odeszła kilka kroków i zatrzymała się w miejscu. Podniosłem się i, rozcierając bolące miejsca, podszedłem do niej.
Kiedy usłyszałem, że płacze, stanąłem tuż za jej plecami. Powoli objąłem ją ramionami i mocno przytuliłem. Nie umiałem się na nią gniewać. Było mi strasznie przykro i chciałem to, jak najszybciej, naprawić.
-Przepraszam, - wyszeptałem, - nie chciałem cię urazić.
Odwróciła się do mnie twarzą, położyła ręce na moich ramionach i obdarowała delikatnym pocałunkiem.
Byłem przekonany, że będzie żądała jakiejś dodatkowej satysfakcji, tymczasem ona odezwała się cicho:
-Nie gniewasz się na mnie?
-Boże, jasne że się nie gniewam. Proszę, ty także wybacz mi to, co powiedziałem.
Zapadła chwila ciszy. Staliśmy tak objęci, wtuleni w siebie: ona owinięta prześcieradłem, ja w pasiastej, o dwa numery za dużej, piżamie. Wokół rozciągał się szpitalny dziedziniec, porośnięty, niepielęgnowanymi od lat, krzewami i na wpół dzikimi kwietnikami.
Kilka, niedbale rozstawionych ławeczek i nieczynna fontanna, tworzyły tajemniczą, trochę niesamowitą, atmosferę. Cały ten nastrój łagodziła przenikająca wszystko, upojna woń kwiatów, oraz monotonne brzęczenie wszechobecnych świerszczy.
-Kocham cię, - wyszeptała.
-Ja ciebie też, - odpowiedziałem.
Moje dłonie wślizgnęły się pod prześcieradło, którym była okryta i wędrowały po delikatnej skórze. Musnąłem jej piersi a następnie pośladki i brzuch.
Odwzajemniła pieszczoty, rozpinając górę mojej piżamy i lekko gładząc klatkę piersiową. Po chwili położyła brodę na moim ramieniu, wsunęła dłonie w luźne spodnie i chwyciła sztywnego, gorącego członka. Wyprężył się jeszcze bardziej rozpaczliwie domagając spełnienia.
Bez pośpiechu zdarłem z niej tą, prowizoryczną, suknię i pozwoliłem spaść na ziemię. Po chwili i ja byłem już nagi. Z głębokim westchnieniem przywarłem członkiem do jej sprężystego podbrzusza. Moje serce łomotało, jak szalone. Wiedziałem, że za kilka sekund znajdę się, w jej, wilgotnym wnętrzu.
-Och, Olu, Oleńko, tak bardzo cię pragnę, - szeptałem, jak w transie.
W tym samym momencie odsunęła się i położyła palec na moich ustach.
-Poczekaj, mam lepsze miejsce, - odezwała się cicho.
Ujęła mnie za rękę i poprowadziła w stronę budynku. Bez słowa poszedłem za nią. Oczekiwałem tylko jednego, na kilka minut szczęścia, właśnie z nią. Każdy krok prowadził mnie do zbawienia, a ja szedłem za nią jak wierny pies. Po chwili staliśmy już pod jakimś oknem. Było otwarte. Najwyraźniej, panował tu większy bałagan, niż mi się na początku zdało.
Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, sprawnie wspięła się na parapet.
-Chodź, - szepnęła, - tu nie ma nikogo.
Jak myślicie, co wtedy zrobiłem? Oczywiście, w kilka sekund byłem obok niej. Nie miałem pojęcia, co znajduje się w środku, ale ufałem jej bezgranicznie. Po moich plecach biegały ciarki na myśl, co możemy tam zastać i w jaki sposób się zabawiać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz