28. Tego wieczoru, po spacerze.
Tego wieczoru, po spacerze, kiedy siedzieliśmy w swoim pokoju. To znaczy on siedział, a ja w nim. Widzicie, nawet teraz, to wszystko jakoś dziwnie brzmi.
Właśnie skończyłem ostatnią lekcję i szedłem korytarzem w stronę drzwi wyjściowych. Miałem udać się do internatu. Chciałem szybko zjeść obiad, ponieważ jeszcze przed nauką własną miałem zrobić zakupy w miejscowym sklepie. Chciałem zaopatrzyć się w kilka niezbędnych rzeczy. Potrzebny był mi, między innymi, nieco lepszy, niż ten co miałem, szampon oraz jakiś ładnie pachnący dezodorant. Poprzedniego dnia dostałem stypendium i chciałem troszeczkę zaszaleć, a konkretnie zadbać o swój wygląd. Nie ukrywam, że robiłem to właśnie dla niej.
Kiedy byłem już w wyjściu, ktoś położył rękę na moim ramieniu. Zaskoczony odwróciłem głowę. To była ona. Od razu rozpoznałem jej duże okulary, zakrywające połowę twarzy i kasztanowe włosy luźno opadające na ramiona. Oczywiście od razu przywitała mnie tym swoim pięknym, serdecznym uśmiechem. Za każdym razem urzekały mnie te jej śliczne dołeczki w policzkach. Robiło mi się ciepło na sercu, kiedy na nią patrzyłem.
Moje starania o jej względy zaczęły przynosić oczekiwane rezultaty. Nie dało się ukryć, że ta młoda dama od jakiegoś czasu sama szukała na mojej obecności. Patrzyła mi w oczy już przy samym powitaniu. W jej spojrzeniu było zaufanie i ciepło. To był dobry znak.
-Co robisz po obiedzie? - zapytała wprost.
Wiedziałem, że teraz już się jej nie pozbędę. Z resztą nie chciałem, to mi bardzo pasowało.
-No wiesz… miałem zamiar pójść do sklepu, - odpowiedziałem, starając się odwdzięczyć się jej takim samym uśmiechem.
Była jaj ten rzep. Od jakiegoś czasu każdą chwilę chciała spędzać ze mną i tylko ze mną.
-Czy mogę z tobą pójść? - dodała, uśmiechając się jeszcze serdeczniej.
Bingo! To był kolejny, dobry znak. Należało się tylko cieszyć. Moje starsze ja doskonale zdawało sobie sprawę, do czego to wszystko zmierza. Taki był plan i krok po kroku go realizowałem. Nie zmieniało to jednak faktu, że mój nosiciel dziwił się przy każdej takiej sytuacji. W jego pojmowaniu nie mieściło się, że właśnie tak to wszystko się układa. W jego życiu nigdy nie było tak dobrze, przynajmniej do tej pory. Chwilami był zachwycony, a jednocześnie przerażony. Oczywiście, w jego napakowanym testosteronem ciele ciągle narastało podniecenie, nie dając mu ani chwili spokoju. Zresztą, nie ma co ukrywać, obydwaj byliśmy totalnie zachwyceni. Chociaż, być może każdy z nas w inny sposób, ale jednak.
W jakiejś mierze, wszystko to wydawało się nieco i dziwne jakby nie moje. Cały czas miałem poczucie podwójnej osobowości. Jak do tej pory, nie byłem w stanie poradzić sobie w jakiś jeden, konkretny sposób z tym problemem. Nie mogę powiedzieć, że było to jakoś specjalnie nieprzyjemne. Nie. Nic z tych rzeczy. Chodzi o to, że bez przerwy powodowało w mojej, w naszej świadomości, pewien dysonans.
Młody chłopak, ta doskonalsza część mnie, nie do końca chciała się w tym wszystkim godzić. Musiałem dużo rozmawiać. Z kim? Z nim, a może ze sobą? Tak nagłe zmiany w jego myśleniu sprawiały, że wydawało mu się, że coś jest z nim nie tak. Moja presja na jego psychikę była bardzo duża i, niemalże, ciągła.
Tego wieczoru, po spacerze, kiedy siedzieliśmy w swoim pokoju. To znaczy on siedział, a ja w nim. Widzicie, nawet teraz, to wszystko jakoś dziwnie brzmi. Wtedy nie było nikogo, oprócz nas dwóch. To znaczy, jego… nie mnie. Boże… nas przecież! Brat wybył na kółko majsterkowicza, kolega pojechał do miasta, a ja siedziałem i rozmawiałem sam ze sobą. Ze sobą. Cholera jasna, sam ze sobą. Tak patrząc z zewnątrz, to było trochę nienaturalne, tak gadać ze sobą. To znaczy, już wcześniej wielokrotnie rozmawiałem ze sobą, ale nigdy w ten sposób. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli ktoś w tej chwili wejdzie, po prostu pomyśli, że zwariowałem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz